Gdy mówimy o uprawach zagrożonych przez zmiany klimatu zwykle przychodzą nam do głowy kawa i czekolada. Warto spojrzeć też bliżej na rodzime uprawy. Okazuje się, że kryzys klimatyczny dotyka coraz bardziej naszego polskiego ziemniaka.
Ziemniak nie lubi upału
Ziemniak jest rośliną klimatu raczej chłodnego i wilgotnego. Wysoka temperatura ogranicza tworzenie bulw, a susza dodatkowo pogarsza sytuację. Według ekspertów, gdy temperatura powietrza przekracza około 30°C, ziemniaki przestają efektywnie rosnąć. Choć młode odmiany zbiera się już od maja, największe zbiory w Polsce przypadają na wrzesień i październik. Dlatego długotrwały letni deficyt wody i wysokie wakacyjne temperatury mocno dają się ziemniakom we znaki.
Ziemniaki w Polsce to symbol taniej dostępnej żywności. Niestety nie musi być to prawda w przyszłych latach. Ich wieloletnia cena w detalu to około złotówka za kilogram. W krytycznych latach słabych plonów takich jak 2019 czy 2024, potrafiły kosztować 4-5 złotych. Takich lat może być coraz więcej. W lipcu 2026 roku ceny są trochę wyższe niż przed rokiem – ale rolnicy czekają na obecny szczyt zbiorów z rosnącym niepokojem. Wyjątkowa zła sytuacja panuje już na Zachodzie Europy. Ojczyzna frytek, Belgia, w tym roku bardzo ucierpiała. Rolnicy narzekają, że w skutek wysokich temperatur bulwy są wielkości piłeczek do ping-ponga, podczas gdy normalnie powinny być kilka razy większe. Zamiast przeznaczyć te ziemniaki do pysznych długich frytek, skończą raczej jako pasza.
Pszenica ma jeszcze większe znaczenie
Jeszcze większy problem zmiana klimatu oznacza dla pszenicy. Choć potrafi ona rosnąć w cieplejszym i suchszym klimacie niż w Polsce, na przykład na Ukrainie czy Węgrzech, to jej problemem nie jest sama wysoka temperatura. Kluczowe jest połączenie upału z niedoborem wody w krytycznych fazach rozwoju rośliny. Gry problem dotyka kilku dużych producentów pszenicy w Europie jednocześnie – konsekwencje odczuwa cały światowy rynek i ceny.

Nie wszystkie rośliny przegrają
Czy oznacza to, że polskie rolnictwo czeka katastrofa? Niekoniecznie, ale na pewno musimy być przygotowani na rozchwiane ceny oraz konieczność transformacji. Poza polepszaniem nawadniania pól i retencji potrzebna będzie też zmiana upraw. Tracić na znaczeniu w perspektywie dziesięcioleci mogą w Polsce: ziemniaki, kukurydza, pszenica, zboża jare. Zyskiwać mogą: soja, słoneczniki oraz winorośl. Oczywiście przestawienie się na inne uprawy to proces długi i kosztowny – polski rolnik nie może tak po prostu w przyszłym roku obsiać pola soją zamiast ziemniaków. Potrzebna jest wiedza, sprzęt, punkty skupu, łańcuchy logistyczne. Pamiętajmy o tym wszystkim zajadając się plackami ziemniaczanymi czy pyrami z gzikiem.
Czerwona flaga na plaży oznacza zakaz kąpieli. Może on wynikać z różnych przyczyn, np. sztormu czy zanieczyszczenia wody. Czasem powodem jest zakwit sinic. To bakterie zdolne do fotosyntezy, które naturalnie występują w wodzie, ale w sprzyjających warunkach mogą gwałtownie się namnażać i tworzyć rozległe zakwity. Sprzyjają im przede wszystkim wysoka temperatura wody, dużo światła oraz nadmiar azotu i fosforu, pochodzących m.in. ze spływu nawozów rolniczych i ścieków. Kontakt z wodą zawierającą sinice może powodować podrażnienia skóry i dolegliwości żołądkowo-jelitowe.
Sinice nad Bałtykiem 2026 – gdzie zamknięto kąpieliska?
Pierwsze zamknięcia kąpielisk z powodu sinic pojawiły się nad polskim morzem już pod koniec czerwca. Zakaz kąpieli obowiązywał m.in. w Gdyni Śródmieściu i Sopocie Łazienkach Południowych. W sierpniu problem dotknął z kolei kąpielisk na Półwyspie Helskim.
Sinice nie są nowym problemem. Naukowcy mają jednak powody, by patrzeć w przyszłość z niepokojem. Bałtyk się ociepla, a wyższa temperatura wody sprzyja rozwojowi sinic. Według międzynarodowej organizacji HELCOM, monitorującej stan Bałtyku, sezon ich wzrostu już się wydłużył, a częstotliwość i zasięg zakwitów wzrosły. Znaczenie ma również spadek zasolenia. Modele klimatyczne wskazują, że dalsze ocieplanie może sprzyjać częstszym i większym zakwitom.

Czy możemy coś z tym zrobić? W momencie wystąpienia zakwitu lokalnie niewiele można zrobić poza monitorowaniem stanu wody i zamknięciem kąpieliska. Nie ma skutecznej metody usunięcia dużego zakwitu z morza. Sopot wprost informuje, że sinic nie da się po prostu „wyczyścić” z kąpieliska – zakwit musi naturalnie ustąpić, np. pod wpływem wiatru, fal czy ochłodzenia.
Jak ograniczyć sinice w Bałtyku?
Długofalowo najważniejsze jest ograniczenie ilości azotu i fosforu trafiających do Bałtyku. To właśnie nadmiar tych substancji napędza eutrofizację, która sprzyja zakwitom. W tej dziedzinie udało się już sporo osiągnąć. Według HELCOM na przestrzeni ostatnich dwóch dekad całkowity dopływ azotu do Bałtyku zmniejszył się o około 11%, a fosforu o około 30%.
Nie oznacza to jednak, że problem sinic zniknie. Oprócz ilości biogenów znaczenie mają temperatura wody, zasolenie i warunki pogodowe. Dodatkowo Bałtyk przez dziesięciolecia zgromadził w osadach znaczne ilości fosforu, który może wracać do wody i podtrzymywać eutrofizację.
Czy nad Bałtykiem będzie można się kąpać w przyszłości?
Z jednej strony ograniczamy więc dopływ substancji, które napędzają zakwity, z drugiej – ocieplający się Bałtyk stwarza sinicom coraz korzystniejsze warunki. Dlatego cieplejsze morze nie musi oznaczać wyłącznie przyjemniejszych kąpieli – może również oznaczać większe ryzyko, że czasem nie będzie się w nim można kąpać.
Fale upałów zrobiły swoje – Polacy masowo rzucili się, by montować klimatyzatory w swoich domach. Zainteresowanie jest tak duże, że firmy instalacyjne nie nadążają z montażem. Czas oczekiwania wynosi czasem kilka tygodni. Rosną również ceny. Robocizna w sezonie może być nawet o 40 proc. droższa niż poza nim, a za montaż jednego urządzenia trzeba obecnie zapłacić od 3 do 10 tysięcy złotych.
To jednak dopiero początek kosztów. Klimatyzator potrzebuje przecież prądu. Trzeba jednak przyznać, że jest pod tym kątem dość efektywnym urządzeniem. Klimatyzator to tak naprawdę pompa ciepła powietrze-powietrze. Z jednej kilowatogodziny energii elektrycznej może zapewnić 3-4 kilowatogodziny chłodu. W 50-metrowym mieszkaniu całodzienna praca klimatyzatora powinna nas kosztować około 5–8 zł dziennie.
Niewiele osób wie, że do chłodzenia można wykorzystać również przydomową pompę ciepła. Wiele takich urządzeń może działać w dwie strony – zarówno ogrzewać, jak i chłodzić. Nie zawsze jednak wystarczy przełączyć urządzenie w odpowiedni tryb. Istniejąca instalacja może wymagać dodatkowych elementów, np. klimakonwektora. Chłodzenie przez ogrzewanie podłogowe również jest możliwe, ale ma swoje ograniczenia – zbyt mocno schłodzona podłoga może powodować skraplanie się wilgoci.
Zamontowany klimatyzator może nam się przydać również w chłodniejszej porze roku – możemy go używać również do dogrzewania pomieszczenia w zimie. Podobnie jak przy chłodzeniu klimatyzator zamieni jedną kilowatogodzinę energii w 3-4 kilowatogodziny ciepła – będąc 3-4 razy wydajniejszy niż zwykły elektryczny grzejnik, farelka czy grzejnik olejowy. Jego skuteczność spada jednak dość istotnie przy wysokiej fali mrozów – wówczas trudniej urządzeniu pobierać ciepło z powietrza na zewnątrz. Dlatego klimatyzator powietrze–powietrze szczególnie dobrze sprawdza się w okresach przejściowych – jesienią i wiosną, kiedy na dworze jest chłodno, ale nie ma jeszcze potrzeby uruchamiania całego systemu grzewczego.
Najbardziej ekologiczny klimatyzator?
Być może ten, którego nie musimy włączać. Chodzi o takie metody chłodzenia w mieszkaniu jak zewnętrzne rolety i żaluzje, markizy, drzewa zacieniające okna. Pomaga również nocne przewietrzanie. Porządny “audyt” mieszkania w poszukiwaniu miejsc, które sprzyjają jego nagrzewaniu może zdziałać cuda – zupełnie bezkosztowo.
Jeśli jesteśmy na etapie budowy domu – dodanie nawet kilku tysięcy złotych na dodatkowe ocieplenie ścian, lepszą izolację dachu, odpowiednie przesłony okienne czy zwiększenie energooszczędności może przynieść nam kolosalne oszczędności i komfort. Dobrze zaprojektowany budynek nie tylko potrzebuje mniej energii do ogrzewania zimą, ale również wolniej nagrzewa się latem.
Szalejące pożary na południu Europy są rekordowe. Ich skala jest tak duża, że nawet internetowe trolle przestały prześmiewczo komentować informacje o zmianie klimatu swoim starym hasłem „planeta płonie”. Nowa skala zagrożenia zmusza Hiszpanię, Portugalię i inne kraje południa Europy do szukania sposobów walki z rosnącym ryzykiem pożarowym. Zacznijmy od jednego z najbardziej nietypowych pomysłów – wykorzystania do walki z pożarami… żubrów.
Żubr – leśny strażak
Żubr europejski, czyli nasza narodowa duma, to największy dziki ssak lądowy Europy. W lasach zjada trawy, zarośla, krzewy, roślinność drzewiastą, liście i gałęzie. W efekcie zmniejsza ilość łatwopalnego materiału w runie leśnym. Zgodnie z hipotezą naukowców może to spowalniać rozprzestrzenianie się pożarów.
Badania nad tą hipotezą rozpoczęto w 2024 roku. Wówczas osiem żubrów sprowadzonych z Polski trafiło do portugalskiego regionu Beira Baixa, niedaleko granicy z Hiszpanią, w ramach projektu Rewilding Portugal. W tym roku bliźniaczy test ruszył w prowincji Guadalajara w Hiszpanii.
Na ogrodzonym obszarze 400 hektarów lasu śródziemnomorskiego żyje od stycznia dziewięć żubrów. Naukowcy z Uniwersytetu Kraju Basków, Uniwersytetu w Manchesterze i duńskiego ośrodka Econovo obserwują zwierzęta za pomocą nadajników GPS. Sprawdzają między innymi, co dokładnie jedzą, jak reagują na nowe środowisko oraz jak ich obecność zmienia strukturę roślinności.
Czy ich wpływ okaże się na tyle istotny, by zmniejszać ryzyko pożarów? Zobaczymy. Poza polskimi żubrami dużą nadzieję daje też wykorzystanie kóz i owiec – one również mogą pomagać w zmniejszaniu ilości łatwopalnej biomasy.

Ogień zwalczaj ogniem
Oczywiście zwierzęta to nie jedyny pomysł walki ze zwiększonym ryzykiem pożarów. Kluczowe jest obecnie tworzenie pasów pozbawionych łatwopalnej roślinności. Tak interweniowano w okolicach Bordeaux – wycinając roślinność i tworząc przerwy na drodze rozprzestrzeniającego się ognia, tak aby nie dotarł on do miasta.
Inną metodą są kontrolowane wypalenia, przeprowadzane w okresie, gdy roślinność i gleba są odpowiednio wilgotne, a ryzyko niekontrolowanego pożaru niewielkie. Tłumienie wszystkich pożarów w długim okresie okazuje się bowiem przeciwskuteczne. Jeśli przez dziesięciolecia na danym obszarze nie ma pożarów, łatwopalne paliwo się kumuluje. Gdy pożar w końcu wybucha w szczycie lata, może osiągnąć katastrofalne rozmiary.
Kolejnym sposobem jest zmiana struktury samych lasów. Zamiast monokultur, szczególnie łatwopalnych lasów iglastych, wprowadza się bardziej zróżnicowane, mieszane drzewostany z większym udziałem gatunków liściastych, np. dębów. Jednocześnie ogranicza się nadmiar suchego podszytu, krzewów i łatwopalnych gatunków, takich jak niektóre sosny czy eukaliptusy. Taki las nie staje się oczywiście „niepalny”, ale ogień ma w nim mniej ciągłego paliwa i trudniej może się rozprzestrzeniać.

Podczas wypoczynku nad polskim morzem, w rejonie Łeby i Choczewa, można już wypatrywać pierwszej polskiej morskiej farmy wiatrowej. Potężne turbiny Baltic Power, choć znajdują się około 23 km od brzegu, są wyższe od Pałacu Kultury, więc widać je gołym okiem. Sama wieża wiatraka liczy 120 metrów, a drugie tyle ma uniesiona w górę łopata. Licząc z podwodnym fundamentem cała konstrukcja ma ponad 250 metrów. Na morzu zainstalowano obecnie 54 z 76 turbin, a pierwsza energia została już wprowadzona do sieci. Na całym Bałtyku takich instalacji jest już sporo – działa ponad 700 wiatraków, głównie w Danii i Niemczech.
Łączna moc Baltic Power wyniesie około 1,2 GW, a przewidywana roczna produkcja to około 4 TWh energii elektrycznej. To około 3 proc. obecnego krajowego zapotrzebowania na prąd i ilość energii odpowiadająca rocznemu zużyciu ponad 1,5 mln gospodarstw domowych. To też dwa razy więcej energii niż w 2024 r. wyprodukowała Elektrownia Dolna Odra.
Sztuczne rafy przy wiatrakach skarbem dla ryb
Morskie farmy wiatrowe budzą pytania o wpływ na środowisko. Jednym z nich jest wpływ na ryby. Okazuje się jednak, że pod tym względem efekt wiatraków może być pozytywny.
Fundamenty turbin oraz kamienne zabezpieczenia dna umożliwiają tworzenie się sztucznych raf zasiedlanych przez organizmy morskie. W połączeniu z ograniczonym ruchem statków w rejonie farm, tworzy to bardzo dogodne miejsce, pełne kryjówek i miejsc żerowania dla ryb. Taki efekt stwierdzono przy obecnych instalacjach na Morzu Północnym w sąsiedztwie których zaczęły gromadzić się tysiące ryb, w tym zagrożonego dorsza atlantyckiego!

Naukowcy postanowili sprawdzić dokładniej, w jaki sposób dorsze korzystają z takich struktur. W holenderskiej farmie Borssele II 64 dorsze wyposażono w akustyczne nadajniki, dzięki którym można było śledzić ich ruchy. Ponad dwuletnie obserwacje potwierdziły pierwsze przypuszczenia – ryby nie tylko odwiedzały farmy, ale wiele osobników spędzało tam miesiące, korzystając z zapewnianych przez nie schronień i źródeł pokarmu. Podobny efekt może również mieć miejsce w przypadku Baltic Power.
Komisja Europejska zaproponowała 17 lipca 2026 r. reformę unijnego systemu handlu emisjami (ETS), która wydłuża i spowalnia proces redukcji emisji dla przemysłu, dając firmom więcej czasu na transformację energetyczną. Polski rząd ogłasza to jako „milowy krok” i „ogromny sukces polskiej dyplomacji” – minister klimatu Paulina Hennig-Kloska podkreśla, że Komisja Europejska wzięła pod uwagę polski głos w negocjacjach. Czy jednak entuzjazm rządu jest w pełni uzasadniony? Sprawdźmy, co faktycznie zmienia się w systemie i jakie mogą być tego długofalowe konsekwencje.
Co to jest ETS i dlaczego reforma jest ważna?
System handlu emisjami (EU ETS) to unijny mechanizm, w którym firmy emitujące CO2 muszą kupować uprawnienia do emisji, a ich liczba z roku na rok systematycznie się zmniejsza, zmuszając przemysł do inwestowania w czystsze technologie. Dotychczasowe tempo redukcji tych uprawnień było jednym z najbardziej ambitnych elementów unijnej polityki klimatycznej, ale też źródłem sporów – zwłaszcza w krajach z przemysłem energochłonnym, jak Polska.
Jakie zmiany proponuje Komisja?
W praktyce reforma oznacza, że tempo ograniczania limitu uprawnień do emisji CO2 spadnie z 4,4% rocznie w latach 2028-2030 do 3,7% w latach 2031-2035, a od 2036 r. wyniesie już tylko 1,7% rocznie. Wśród konkretnych efektów negocjacji, na które powołuje się polski rząd, są:
- Przesunięcie momentu wyczerpania puli uprawnień emisyjnych z 2039 na 2049 rok, co daje przemysłowi dekadę dodatkowego czasu;
- Przedłużenie działania Funduszu Modernizacyjnego, wspierającego kraje o niższych dochodach (w tym Polskę), do 2040 roku;
- Powstanie nowego mechanizmu Investment Booster, funduszu wspierającego inwestycje w przemyśle;
- Zwiększenie wartości darmowych uprawnień dla przemysłu energochłonnego o 6 mld euro do 2030 roku.
Premier Donald Tusk skomentował propozycję Komisji bardzo entuzjastycznie, stwierdzając, że dzięki naciskom Polski, ta „ma jeszcze bardziej uprzywilejowaną pozycję w porównaniu do innych krajów”.

Tylko czy jest się czym cieszyć?
Wolniejsze tempo redukcji emisji to w praktyce więcej czasu na zwłokę, a Polska od lat wykorzystuje takie okna czasowe do odkładania realnej transformacji energetycznej, zamiast przyspieszać inwestycje w dekarbonizację. Historia pokazuje, że każde wydłużenie terminu bywa traktowane jako pretekst do odsunięcia trudnych decyzji inwestycyjnych na później, a nie jako impuls do szybszego działania. Terminów nie da się jednak przesuwać w nieskończoność – unijny cel redukcji emisji o 90% do 2040 roku pozostaje w mocy.
To jeszcze nie koniec procesu legislacyjnego
Warto pamiętać, że propozycja Komisji Europejskiej to dopiero punkt wyjścia, a nie ostateczna wersja przepisów. Ostateczny kształt reformy zależy jeszcze od negocjacji w Radzie UE i Parlamencie Europejskim, co oznacza, że szczegóły – w tym konkretne wskaźniki tempa redukcji emisji czy zasady przyznawania darmowych uprawnień – mogą się jeszcze zmienić w toku dalszych rozmów. Dla polskiego przemysłu i konsumentów energii oznacza to, że warto śledzić dalszy przebieg negocjacji, zamiast już teraz traktować lipcową propozycję jako gotowy, wiążący plan.
Co to oznacza dla Polski w praktyce?
Dla polskiej gospodarki, silnie uzależnionej od węgla i przemysłu energochłonnego, wydłużenie terminów i zwiększenie wsparcia finansowego może realnie ułatwić transformację energetyczną – pod warunkiem, że środki te zostaną faktycznie wykorzystane na inwestycje, a nie na przedłużanie status quo. To pytanie pozostaje otwarte i będzie kluczowe dla oceny, czy reforma ETS okaże się sukcesem, czy tylko odsunie problem w czasie.
Jeszcze kilka miesięcy temu wydawało się, że wieloletni spór o transport konny do Morskiego Oka zmierza do końca. W lutym 2025 r. Ministerstwo Klimatu i Środowiska, Tatrzański Park Narodowy, samorząd i przedstawiciele przewoźników podpisali porozumienie zakładające duże zmiany. Od 2026 r. konie miały kursować jedynie na krótkim, około 2,5-kilometrowym odcinku między Palenicą Białczańską a Wodogrzmotami Mickiewicza. Dalszą, bardziej wymagającą część trasy do Morskiego Oka miały przejąć elektryczne busy. Zapowiadano przy tym, że fiakrzy nie stracą pracy – mieli zostać włączeni do obsługi nowego systemu transportu.
Pierwszy krok w tym kierunku już wykonano. Na trasie pojawiły się cztery elektryczne busy, które rozpoczęły pilotażowe kursy. Testy wykazały, że pojazdy dobrze radzą sobie z górską drogą i mogą bezpiecznie przewozić turystów. Problemem okazała się jednak nie technologia, lecz skala przedsięwzięcia. Cztery pojazdy nie są w stanie zastąpić transportu realizowanego dotychczas przez kilkadziesiąt zaprzęgów konnych, dlatego obecnie pełnią jedynie rolę uzupełniającą, a konie nadal obsługują całą trasę.
Nie oznacza to jednak, że projekt został porzucony. Ministerstwo Klimatu i Środowiska prowadzi przetarg na zakup kolejnych 16 autobusów elektrycznych. Razem z czterema już eksploatowanymi pojazdami mają one stworzyć flotę liczącą 20 busów, która pozwoli wdrożyć pierwotny plan ograniczenia pracy koni do krótszego odcinka drogi. Według zapowiedzi resortu rozstrzygnięcie przetargu planowane jest we wrześniu. Następnie producent będzie musiał wyprodukować i dostarczyć pojazdy, dlatego pełne uruchomienie nowego systemu transportu nastąpi najwcześniej kilka miesięcy później. Oznacza to, że również w najbliższym sezonie turyści będą korzystać zarówno z zaprzęgów konnych, jak i autobusów elektrycznych.
Tymczasem najnowsze badania koni ponownie rozgrzały dyskusję. Zespół ekspertów monitorował parametry fizjologiczne zwierząt podczas pracy na trasie. Wyniki okazały się bardziej złożone, niż spodziewali się zarówno obrońcy zwierząt, jak i zwolennicy utrzymania zaprzęgów. Badania wykazały, że konie dobrze radzą sobie z wysiłkiem na zdecydowanej większości trasy, a największym obciążeniem nie jest sam podjazd, lecz ostatni odcinek prowadzący do parkingu na Włosienicy, gdzie droga jest najbardziej stroma. To właśnie ten fragment eksperci wskazali jako najbardziej wymagający dla zwierząt. Na pozostałej części trasy nie stwierdzono oznak przeciążenia, co stało się argumentem dla zwolenników utrzymania transportu konnego.
W praktyce oznacza to, że zamiast całkowitej likwidacji przewozów konnych coraz częściej mówi się o kompromisie. Docelowo konie mają pokonywać jedynie krótszy odcinek trasy, natomiast dalszy transport przejmą elektryczne busy. Kiedy dokładnie to nastąpi, zależy jednak od zakończenia przetargu i dostawy nowych pojazdów.
Tymczasem w Rzymie zapadła znacznie bardziej radykalna decyzja. Władze włoskiej stolicy postanowiły definitywnie wycofać z ulic historycznego centrum ostatnie konne dorożki, tzw. botticelle. W mieście pozostało już tylko 16 takich zaprzęgów, a ich właścicielom zaproponowano możliwość zamiany licencji dorożkarskich na licencje taksówkarskie. Powodem są przede wszystkim względy związane z dobrostanem zwierząt, które pracują w coraz większym ruchu ulicznym i podczas letnich upałów.
31 lipca 2026 r. w całej Unii Europejskiej zaczyna obowiązywać dyrektywa Right to Repair, a Polska wciąż jest na etapie prac legislacyjnych. Projekt nowelizacji ustawy o prawach konsumenta (UC154) trafił do konsultacji publicznych 12 maja 2026 r. i do początku lipca zbierał opinie ekspertów oraz organizacji branżowych, takich jak Związek Przedsiębiorców i Pracodawców.
Czym jest prawo do naprawy i co się zmienia?
Nowe przepisy odwracają dotychczasową logikę reklamacji, stawiając naprawę na równi z wymianą, a nie jako gorszą alternatywę. Gdy sprzedawca uzna reklamację za zasadną, będzie musiał poinformować klienta, że wybór naprawy zamiast wymiany produktu daje dodatkowy rok ochrony prawnej, liczony od momentu, w którym pierwotna gwarancja miałaby się zakończyć. Naprawa ma być bezpłatna lub oparta na „rozsądnych” cenach części zamiennych i narzędzi, a sprzedawca będzie mógł zaproponować towar odnowiony tylko za wyraźną zgodą konsumenta.
Jakie produkty obejmą nowe przepisy?
Regulacje w pierwszej fazie objęły najpopularniejsze kategorie sprzętu domowego: pralki, zmywarki, suszarki, odkurzacze, telefony komórkowe, urządzenia chłodnicze, wyświetlacze elektroniczne oraz rowery i skutery elektryczne. To właśnie te produkty najczęściej trafiają na wysypiska, mimo że nadają się do naprawy – a skala problemu jest ogromna. Komisja Europejska szacuje, że przedwczesne wyrzucanie sprawnego sprzętu generuje w UE 35 mln ton elektroodpadów rocznie, zużycie 30 mln ton surowców i 261 mln ton emisji gazów cieplarnianych.
Naprawa czy nowy sprzęt? Porównanie kosztów w 2026 roku
Warto zobaczyć, jak wypada to w praktyce na przykładzie pralki, jednego z najczęściej naprawianych urządzeń AGD. Zgodnie z cennikami serwisów AGD*, drobne usterki – jak wymiana paska napędowego, grzałki czy termostatu – kosztują od 270 do 300 zł, a bardziej skomplikowane naprawy, np. modułu elektronicznego czy łożysk, wynoszą od 350 do 660 zł. Dla porównania, nowa pralka z popularnego segmentu klasy energetycznej A, według rankingów sklepów wielkopowierzchniowych z 2026 roku, kosztuje najczęściej od 1500 nawet do ponad 4000 zł, w zależności od pojemności i marki. Koszt naprawy jest więc często kilkukrotnie niższy niż zakup nowego urządzenia, szczególnie przy drobnych usterkach. Nie jest to zresztą tylko teoria – aż 55% Polaków deklaruje, że zawsze najpierw próbuje naprawić sprzęt AGD, zanim zdecyduje się na zakup nowego, wynika z badania zrealizowanego na zlecenie Whirlpool Corporation.

Dlaczego Polska może nie zdążyć na czas?
Termin transpozycji dyrektywy i faktyczne wejście w życie polskiej ustawy to dwie różne sprawy. Projekt musi jeszcze przejść przez Radę Ministrów, Sejm, Senat i podpis prezydenta, a następnie wejdzie w życie po 14 dniach od publikacji w Dzienniku Ustaw. Oznacza to realne ryzyko, że Polska nie zdąży wdrożyć przepisów przed unijnym terminem.
Co jeśli sprzedawca odmówi naprawy?
Otwartym pytaniem pozostaje skuteczność samego mechanizmu. Nic nie stoi na przeszkodzie, by sprzedawca po prostu u znał reklamację za niezasadną, unikając w ten sposób obowiązku organizowania naprawy i przyznania dodatkowej ochrony. Kontrolę nad przestrzeganiem przepisów ma sprawować Inspekcja Handlowa, a kary za naruszenia mają wynosić od 20 do 40 tys. zł, z możliwością sankcji sięgających nawet 10% obrotu firmy.
* Np. https://www.pogotowie-agd.pl/cennik-serwis-agd.html
Do konsumentów w Europie trafia dziś około 6 miliardów przesyłek rocznie z krajów spoza UE – większość z chińskich platform takich jak AliExpress czy Temu. To prawie 200 paczek na sekundę. Jeszcze w 2022 roku było ich około 1,5 miliarda, czyli cztery razy mniej.
Tak szybki wzrost sprawił, że system celny zaprojektowany dla zupełnie innej skali handlu przestał działać efektywnie. Dotychczas przesyłki o wartości do 150 euro korzystały z uproszczonych zasad i były w praktyce słabiej kontrolowane. W efekcie powstała luka, która dawała przewagę cenową platformom spoza Europy, a jednocześnie utrudniała egzekwowanie norm dotyczących jakości i bezpieczeństwa produktów.
W odpowiedzi na tę sytuację Unia Europejska 1 lipca wprowadziła stałą opłatę w wysokości 3 euro. Co ważne, będzie ona naliczana od każdego rodzaju produktu znajdującego się w paczce. Zamówienie 5 takich samych rzeczy to jedna opłata 3 EUR, gdy do koszyka wrzucimy różne produkty, za każdy typ produktu zostaniemy obciążeni odrębną opłatą.
Jak działa nowa opłata?
Formalnie opłata nakładana jest na import, a nie bezpośrednio na konsumenta. W praktyce klient rzadko zobaczy ją jako osobną pozycję przy odbiorze przesyłki.
Obowiązek rozliczenia spoczywa na platformach sprzedażowych lub importerach, którzy muszą uwzględniać nowe koszty w cenach produktów. Cena widoczna przy zakupie w największych serwisach będzie z reguły obejmowała już wszystkie opłaty.

Czy chińskie platformy obchodzą przepisy?
W odpowiedzi na nowe regulacje oraz rosnące koszty logistyki platformy coraz mocniej inwestują w magazyny na terenie Unii Europejskiej. Shein i Temu rozwijają centra dystrybucyjne, dzięki którym towary trafiają do Europy hurtowo, a dopiero później wysyłane są do klientów z magazynów lokalnych. Jedno z takich centrów działa m.in. we Wrocławiu.
Nie jest to obejście prawa – cło nadal jest naliczane przy imporcie do UE. Dla chińskich platform taki model oznacza niższe koszty transportu i brak dodatkowej opłaty 3 euro w skali pojedynczej paczki. Jednocześnie dla Unii Europejskiej ułatwia kontrolę zgodności produktów z europejskimi normami. Zamiast setek milionów rozproszonych przesyłek służby celne mogą analizować duże partie towaru już na etapie importu kontenerowego. W efekcie rośnie także odpowiedzialność importerów za zgodność produktów z unijnymi przepisami. W praktyce jest to rozwiązanie, które można uznać za „win-win”.
W miniony weekend Polska zmagała się z falą 40-stopniowych upałów. Chcąc utrzymać przydomowe ogródki w dobrej kondycji, wielu z nas musiało intensywnie podlewać rośliny, co oznacza wyższe rachunki za wodę. A gdyby do tego celu wykorzystać darmową deszczówkę? Właśnie ruszył nabór do programu dofinansowującego przydomową mikroretencję.
Najczęściej wnioski obejmują zbiorniki na deszczówkę – zarówno mniejsze naziemne jak i podziemne zbiorniki retencyjne, które pozwalają zgromadzić znacznie większe ilości wody i nie zajmują miejsca w ogrodzie. Wspierane są także zbiorniki otwarte, czyli niewielkie oczka wodne pełniące funkcję retencyjną.

Kolejną opcją jest dofinansowanie urządzeń umożliwiających wykorzystanie wykorzystanie zgromadzonej wody. To między innymi pompy, które pozwalają tłoczyć deszczówkę do węży ogrodowych lub instalacji nawadniających, a także zraszacze i systemy podlewania ogrodu. W bardziej rozbudowanych instalacjach stosuje się także filtry i separatory, które poprawiają jakość wody przed jej użyciem.
Dofinansowanie możemy uzyskać również na systemy rozsączające wodę w gruncie. To instalacje, które nie magazynują deszczówki w jednym miejscu, lecz rozprowadzają ją stopniowo w glebie. Mogą to być skrzynki rozsączające lub specjalne moduły układane pod ziemią, które przejmują wodę z dachu i pozwalają jej powoli wsiąkać w grunt. Do tej samej kategorii zalicza się studnie chłonne – pionowe konstrukcje wypełnione przepuszczalnym materiałem, które odprowadzają wodę głębiej w warstwy gruntu.
Dotacja skierowana jest do właścicieli domów jednorodzinnych. Minimalna wartość inwestycji wynosi 2 tys. zł. Dofinansowanie może pokryć znaczną część kosztów – nawet do 80–90 proc. wydatków kwalifikowanych – przy czym maksymalna kwota wsparcia sięga 8 tys. zł. Nabór wniosków został uruchomiony w całym kraju 22 czerwca i potrwa do wyczerpania środków. W poprzednich tego typu programach środki wyczerpywały się szybko, więc osoby planujące inwestycję nie powinny odkładać decyzji na później.
Z dachu o powierzchni 100 m² podczas jednego, umiarkowanego deszczu można zebrać około 1000 litrów wody, czyli ilość wystarczającą do wielokrotnego podlania przydomowego ogrodu.
Tu znajdziesz więcej informacji o programie:
https://www.gov.pl/web/nfosigw/mikroretencja-w-domach-i-ogrodach–startuje-nabor-wnioskow
