Odbiory osobiste w 5 miastach – Łódź, Warszawa, Kraków, Wrocław, Poznań!

Choć Łódź wielu osobom kojarzy się z fabrykami i czerwoną cegłą, ma również mniej znane oblicze. Na północnych obrzeżach  miasta znajduje się Las Łagiewnicki – jeden z największych zwartych kompleksów leśnych położonych w granicach administracyjnych miasta w Europie. Dla wielu mieszkańców jest miejscem codziennych spacerów, biegania i kontaktu z przyrodą. 

W ostatnich miesiącach wokół lasu wybuchł jednak spór. Władze miasta i województwa chcą zwiększyć atrakcyjność tego obszaru.  Planowane są między innymi domki na drzewie, kamperownia oraz ścieżka w koronach drzew. Inwestycje te napotykają jednak silny sprzeciw mieszkańców, którzy obawiają się komercjalizacji i utraty naturalnego charakteru miejsca. Obecnie bój toczy się o ścieżkę w koronach drzew. Ma ona powstać w samym środku lasu na wysokości do 15 metrów nad ziemią. Jest elementem projektu, który uzyskał już dofinansowanie ze środków europejskich. Wartość całego przedsięwzięcia wynosi około 26 mln zł, z czego sama ścieżka została wyceniona na blisko 10 mln zł. Choć magistrat twierdzi, że przy jej budowie nie zostanie wycięte żadne drzewo i przyroda nie ucierpi, przyrodnicy twierdzą, że jest to założenie niemożliwe do zrealizowania. Innym punktem zapalnym jest plan utwardzenia kilkunastu kilometrów leśnych dróg i ścieżek tłuczniem “dla poprawy bezpieczeństwa”. Przeciwnicy odpowiadają, że właśnie naturalny charakter Lasu Łagiewnickiego stanowi jego największą wartość. “Łodzianie i tak korzystają z tego lasu – nie potrzebują tu żadnych dodatkowych atrakcji. Jest po prostu cisza i spokój – piękny naturalny las.  Zostawcie go w spokoju” – mówią. 

Prezentacja Miejskiego Centrum Inwestycji podczas posiedzenia Komisji Ochrony Środowiska w Urzędzie Miasta Łodzi 18.06.2026

Krytycy projektu zarzucają władzom brak szerokich konsultacji społecznych przed złożeniem wniosku o dofinansowanie. Urzędnicy odpowiadają, że projekt przeszedł wszystkie wymagane procedury i będzie realizowany zgodnie z harmonogramem. 

Niezależnie od tego, jaki będzie finał sporu, dyskusja wokół Lasu Łagiewnickiego pokazuje szerszy problem obecny w wielu polskich miastach: gdzie przebiega granica między udostępnianiem terenów przyrodniczych mieszkańcom a ich przekształcaniem w kolejne atrakcje turystyczne? 

Ruszają Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej – jedna z największych imprez sportowych na świecie. W poprzednich edycjach organizatorzy tego wielkiego wydarzenia starali się, przynajmniej na poziomie deklaracji, pokazywać je jako zgodne z ideą zrównoważonego rozwoju. Ostatnie MŚ organizowane były w pustynnym Katarze. Gospodarze przekonywali, że będzie to turniej niemal „neutralny klimatycznie”. Już przed pierwszym gwizdkiem budziło to jednak duże wątpliwości ekspertów i organizacji monitorujących. Po zakończeniu turnieju szacowano jego ślad węglowy na ok. 4 miliony ton CO₂. To odpowiednik rocznych emisji państwa wielkości Czarnogóry. Na plus można jednak wskazać fakt, że był to wyjątkowo kompaktowy mundial – najdalsze stadiony dzieliło około 70 kilometrów, a przejazdy między nimi zajmowały zwykle mniej niż godzinę. 

Jak będzie tym razem? Organizatorzy właściwie nie próbują przekonywać nikogo, że priorytetem jest ekologia. Zamiast tego serwują nam typowy amerykański rozmach. Turniej będzie największy w historii. Wystąpi w nim 48 reprezentacji, a rozegrane zostaną 104 mecze. Dla porównania – w Katarze rywalizowały 32 drużyny w 64 spotkaniach. 

Największym źródłem emisji podczas mundiali są podróże. Tym razem będą one rekordowe. Najbardziej oddalone od siebie miasta-gospodarze – Vancouver i Miami – dzieli około 4500 kilometrów. Turniej zostanie rozegrany w 16 miastach rozrzuconych po trzech państwach Ameryki Północnej.

Według analiz klimatycznych ślad węglowy mundialu może wynieść od 7 do nawet 15 milionów ton CO₂, czyli blisko cztery razy więcej niż w Katarze. Ponad 80 proc. emisji ma pochodzić z transportu lotniczego kibiców, drużyn, działaczy i mediów. 

FIFA podkreśla, że turniej jako pierwszy posiada certyfikację ISO 20121 dotyczącą zrównoważonej organizacji wydarzeń, a stadiony mają być o około 40 proc. bardziej efektywne energetycznie od obowiązujących norm. Problem polega jednak na tym, że większość emisji nie powstanie na stadionach lecz w samolotach. 

Wszystko wskazuje więc na to, że mundial 2026 zapisze się w historii nie tylko jako największy, ale również najbardziej emisyjny turniej piłkarski świata. 

A sponsorzy? Jednym z głównych sponsorów turnieju jest Saudi Aramco – największy na świecie producent ropy naftowej.

Naukowcy zapowiadają rychłe nadejście tzw. Super El Niño, który ma bardzo namieszać w pogodzie na świecie w najbliższych miesiącach. Co to jednak oznacza w praktyce?

Ziemia ogrzewa się z roku na rok przez działalność człowieka, a ogromna część dodatkowej energii trafia do oceanów, które działają jak główny bufor klimatyczny planety. To właśnie oceany magazynują i stopniowo oddają ciepło, wpływając na globalną temperaturę atmosfery. Szczególnie istotne jest w tym zakresie to co dzieje się na Pacyfiku. Tam na przemian występują dwie fazy – La Niña i El Niño. Podczas tej drugiej chłodne wody pozostają przy dnie oceanu, a powietrze ogrzewa się, podnosząc średnią globalną temperaturę powietrza. Ale dzieje się też znacznie więcej – zmienia się też globalny rozkład temperatur, uruchamiając istotne nasilenie katastrof klimatycznych – susz w jednych rejonach, a powodziach w drugich. Zjawisko to jest ściśle monitorowane od kilkudziesięciu lat i bardzo dobrze udokumentowane. Potrafimy je dość dobrze prognozować. Według obecnych wskazań, możemy być praktycznie pewni bardzo silnej fazy El Niño na przełomie 2026 i 2027 roku. Być może też najsilniejszej w historii. 

A co z Europą i Polską? Tu związek nie jest aż tak oczywisty. El Niño nie jest „sterownikiem” pogody w Polsce. Wpływ ten jest niewielki i często podważany statystycznie. Nie możemy więc wyrokować, że nadchodząca zima będzie ciepła, a w lecie czekają nas susze i powodzie. 

Żyjemy jednak w globalnym świecie – drastyczne zjawiska pogodowe, nawet na drugim końcu świata, wpływają również na Polskę – poprzez wzrost cen produktów rolnych, zmniejszając stabilność światowej sytuacji politycznej i gospodarczej. 

Choć bezpośredni wpływ Super El Niño na Polskę i Europę jest trudny do oszacowania, na drugim końcu świata skutki będą bardzo konkretne. W Indonezji, Amazonii i Ameryce Centralnej nasilą się susze i pożary, które mogą pochłaniać tysiące hektarów lasu. Natomiast w inne regiony Pacyfiku mogą uderzyć intensywne ulewy i powodzie. Najważniejsza zmiana dotyczy całego globu – El Niño zwiększa przepływ energii z oceanu do atmosfery, co może podbić średnią globalną temperaturę o około 0,1°C w stosunku do lat neutralnych. W skali całego roku oznacza to, że 2026 i 2027 mogą należeć do najcieplejszych w zapisanej historii.

Co więcej, El Niño przyspiesza wzrost stężenia CO₂ w atmosferze – nasila efekty spalania lasów tropikalnych i ogranicza zdolność oceanu do pochłaniania dwutlenku węgla. W latach La Niña ten efekt jest odwrotny, co pokazuje, że oscylacja na Pacyfiku to nie tylko zjawisko pogodowe, ale istotny czynnik globalnego cyklu węglowego.

A co z przyszłością tego zjawiska? Modele klimatyczne pokazują, że w ocieplającym się świecie najbardziej prawdopodobny jest wzrost intensywności ekstremalnych epizodów El Niño – czyli dokładnie tego, co obserwujemy teraz. Prognozy wskazują na osłabienie naturalnej cyrkulacji powietrza nad Pacyfikiem i wzrost opadów sterowanych przez cykle El Niño i La Niña. To oznacza, że Super El Niño nie jest anomalią, której nigdy wcześniej nie było – to raczej sygnał, że zjawiska tego typu mogą stawać się bardziej częste i bardziej dotkliwe w nadchodzących dekadach.

Prezydenckie weto wobec tzw. ustawy wiatrakowej nie zatrzymało planów rządu dotyczących rozwoju energetyki wiatrowej. Gabinet Donalda Tuska wprowadził właśnie nowe rozwiązanie, które pomoże zwiększyć moc produkcji energii z wiatru – tym razem poprzez uproszczenie zasad modernizacji już istniejących farm wiatrowych.

W sierpniu 2025 roku prezydent Karol Nawrocki zawetował nowelizację ustawy wiatrakowej. Kluczową zmianą miało być zmniejszenie minimalnej odległości turbin od zabudowań z 700 do 500 metrów. Ustawa przewidywała również utrzymanie zamrożonych cen energii dla gospodarstw domowych.

Prezydent argumentował swoją decyzję względami społecznymi i bezpieczeństwa. Wskazywał, że projekt budzi sprzeciw części mieszkańców oraz może prowadzić do nadmiernej ingerencji w przestrzeń lokalnych społeczności. Krytykował również – jak mówił – „wiatrakowy lobbing”. Jednocześnie podpisał odrębne rozwiązania dotyczące zamrożenia cen energii, wyłączone z zawetowanej ustawy.

Weto oznaczało polityczny i inwestycyjny problem dla rządu, który liczył na szybkie odblokowanie nowych projektów wiatrowych na lądzie. Resort klimatu zaczął więc szukać alternatywnych rozwiązań pozwalających zwiększyć produkcję energii bez konieczności ponownego otwierania najbardziej spornego tematu odległości wiatraków od domów.

Tak narodził się pomysł na przyspieszenie tzw. repoweringu, czyli modernizacji istniejących elektrowni wiatrowych. Chodzi o wymianę starych turbin na nowocześniejsze, wyższe i znacznie wydajniejsze urządzenia, często przy jednoczesnym zmniejszeniu liczby samych wiatraków.

Rząd przyjął właśnie rozporządzenie upraszczające część procedur administracyjnych związanych z takimi inwestycjami. Według Ministerstwa Klimatu i Środowiska nowe przepisy mają skrócić proces inwestycyjny nawet o ponad pół roku. W praktyce oznacza to możliwość szybszego zwiększania mocy istniejących farm bez konieczności budowy całkowicie nowych instalacji.

Resort klimatu szacuje, że modernizacja najstarszych polskich farm wiatrowych może przynieść nawet dwukrotny wzrost mocy przy mniejszej liczbie turbin. Część obecnie działających instalacji powstawała jeszcze około 20 lat temu i korzysta z technologii znacznie mniej wydajnej niż obecnie dostępna na rynku.

Rząd przekonuje, że repowering pozwoli zwiększyć produkcję taniej energii bez konieczności prowadzenia wielu nowych sporów lokalizacyjnych. Krytycy odpowiadają jednak, że jest to jedynie częściowe rozwiązanie problemu i bez pełnego odblokowania nowych inwestycji Polska może mieć trudności z dalszym rozwojem energetyki wiatrowej.

Spór o wiatraki staje się więc nie tylko konfliktem o energetykę, ale również kolejnym polem politycznej rywalizacji między rządem a prezydentem. Tymczasem stawką pozostają miliardowe inwestycje, ceny energii oraz tempo transformacji energetycznej kraju.

Energetyka wiatrowa pozostaje dziś jednym z najtańszych źródeł produkcji energii elektrycznej w Polsce. Według analiz branżowych koszt wytwarzania prądu z nowych farm wiatrowych jest niższy niż w przypadku elektrowni węglowych czy gazowych, a same instalacje nie emitują dwutlenku węgla podczas pracy. Zwolennicy rozwoju wiatraków podkreślają również, że większy udział energii z wiatru może w przyszłości ograniczać wahania cen prądu i zmniejszać zależność Polski od importu paliw kopalnych. 

Mikroplastik jest dziś obecny praktycznie wszędzie – w żywności, powietrzu i wodzie. Szczególnym problemem staje się jednak w jeziorach, które dużo łatwiej kumulują zanieczyszczenia niż morza i oceany. Jak pod tym względem wypadają polskie jeziora, nad które już wkrótce tłumnie ruszą turyści? Odpowiedzi przynosi nowe badanie naukowców z Polski, Litwy i Łotwy.

Analiza wykazała, że najwyższe stężenia mikroplastiku występują przede wszystkim w jeziorach płytkich, położonych na nizinach i silnie przekształconych przez człowieka – szczególnie w pobliżu miast oraz terenów uprzemysłowionych. Badacze zwracają uwagę, że zanieczyszczenia gromadzą się głównie przy brzegach jezior, skąd trafiają do wody z ich najbliższego otoczenia. 

W próbkach pobranych przez naukowców dominowały dwa rodzaje mikroplastiku. Pierwszy to włókna pochodzące głównie z prania ubrań i ścieków, drugi – drobne fragmenty powstające w wyniku rozpadu plastikowych opakowań.

Projekt Lakes Connect od początku miał mieć praktyczny wymiar. Celem było nie tylko opisanie problemu, ale także dostarczenie danych, które pozwolą podejmować konkretne działania związane z ochroną środowiska. W ostatnich dwóch latach naukowcy rozpoczęli współpracę z lokalnymi władzami m.in. w rejonie litewskiego miasta Telsze.. Na bazie analiz naukowców zaczęto tam wprowadzać zmiany: ograniczano materiały podatne na degradację (np. styropianowe tratwy), porządkowano strefy rekreacyjne i lepiej kontrolowano spływ zanieczyszczeń do wody. 

W monitorowanie stanu jezior angażuje się również Fundacja Ochrony Wielkich Jezior Mazurskich. Organizacja wykorzystuje dron wodny i boję pomiarową do ciągłego śledzenia jakości wody. System nie wykrywa bezpośrednio mikroplastiku, ale pozwala obserwować zmiany związane z presją człowieka na środowisko i lepiej planować działania ochronne.

Naukowcy podkreślają, że mikroplastik nie jest obojętny dla środowiska. Trafia do organizmów żywych, może je uszkadzać oraz przenosić szkodliwe substancje chemiczne. Wciąż jednak nie wiadomo dokładnie, jakie będą długoterminowe skutki jego obecności dla całych ekosystemów jeziornych.

Impreza techno Circoloco zorganizowana 9 maja przy Pałacu w Wilanowie wywołała falę protestów. Kontrowersje budzi jej lokalizacja i termin – na zabytkowym terenie, w bezpośrednim sąsiedztwie Rezerwatu Przyrody Morysin, będącego ostoją ptaków i zwierząt, w środku okresu lęgowego.

Do policji trafiły dziesiątki zgłoszeń mieszkańców dotyczących hałasu i zakłócania porządku publicznego. Przyrodnicy z kolei alarmowali, że intensywny hałas i światła spowodowały płoszenie zwierząt oraz porzucanie lęgów przez ptaki. Po wydarzeniu pojawiły się również zdjęcia wydeptanej i rozjeżdżonej zieleni na terenie pałacu. Regularnie prowadzone są dyskusje o szkodach powodowanych przez dziki, tymczasem tutaj dużo większe zniszczenia trawników spowodował człowiek. 

Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska w Warszawie złożyła zawiadomienie do Komendy Rejonowej Policji o możliwości naruszenia przepisów ustawy o ochronie przyrody. Interwencję podjął również Rzecznik Praw Obywatelskich, który zwrócił się do Stołecznego Centrum Bezpieczeństwa o dokumentację dotyczącą wydania zgody na organizację wydarzenia.

Port lotniczy Kraków‑Balice to dziś duma władz miasta i regionu: drugie największe lotnisko w kraju, ponad 13 milionów pasażerów rocznie i ambitne plany dojścia do 15 milionów już w tym roku. W kwietniu port dostał od radnych prestiżowy medal Cracoviae Merenti „za wkład w rozwój Krakowa i budowanie pozytywnego wizerunku miasta”. Dwa dni później ci sami mieszkańcy, którzy od lat alarmują o truciu lokalnej rzeki przez lotnisko, zasiedli na ławie pozwanych w krakowskim sądzie.

Chodzi o niewielki potok Olszanicki, czterokilometrową rzekę płynącą przez Olszanicę, do której od lat spływa chemia z płyt lotniska, przede wszystkim środki do odladzania samolotów. Miejscowi zaczęli bić na alarm już około 2016 roku: woda zmieniała kolor na atramentowy, pojawiała się gęsta piana, a nad rzeką unosił się ostry, „cebulo‑chemiczny” fetor. Problem nasila się szczególnie zimą; część rodzin wyprowadza się wtedy do krewnych, bo nawet przy zamkniętych oknach bóle głowy u dzieci i duszący zapach stają się nie do zniesienia.

To, co wypływa z potoku Olszanickiego, nie zostaje w Olszanicy: potok trafia do Rudawy, popularnego miejsca spacerów i wycieczek rowerowych, a dalej do Wisły – tuż pod Wawel. Strażnicy rzek zgłaszali pianę i duszący zapach także w Rudawie, zauważając jednocześnie zanik ryb i bezkręgowców, które normalnie „filtrowałyby” rzekę. Przez lata jedyną realną konsekwencją dla lotniska były symboliczne kary – do 500 zł, i to tylko wtedy, gdy służby były w stanie jednoznacznie wskazać sprawcę zanieczyszczenia.

Od dekady działania dokumentuje lokalne stowarzyszenie „Nasza Olszanica”. Aktywiści nagrywają filmiki, liczą kolejne „dni z pianą” i wysyłają zawiadomienia do inspekcji ochrony środowiska. Z ich relacji wynika, że wraz z szybkim wzrostem liczby pasażerów lotniska rośnie też liczba incydentów i zgłoszeń.

Źródło: Profil na Facebooku Stowarzyszenia „Nasza Olszanica”

Przełom przyszedł w kwietniu 2025 roku. Na całej długości potoku pojawiła się ogromna piana i intensywny odór, a stowarzyszenie opisało sytuację na Facebooku. Po długim oczekiwaniu przyszły wyniki badań, które – według aktywistów – potwierdziły obecność lotniskowej chemii. Sprawą zajęły się w końcu ogólnopolskie media: reportaże przygotowały zarówno TVN, jak i Telewizja Polska, pokazując widzom czarną wodę i białe kożuchy piany.

Co na to władze lotniska? Zamiast dialogu wytoczyło aktywistom proces. Choć lotnisko przyznaje, że zatruwa rzekę, to twierdzi, że nie robiło tego akurat tego dnia, którego dotyczyło jedno ze zgłoszeń. Domaga się zatem od mieszkańców przeprosin i zadośćuczynienia w postaci 15 tys. złotych – relacjonuje stowarzyszenie „Nasza Olszanica”.

Tego rodzaju praktyki określane są mianem SLAPP – strategicznych pozwów przeciwko partycypacji publicznej. Ich celem nie musi być wygrana w sądzie, lecz wywołanie presji psychicznej, finansowej i zniechęcenie obywateli do dalszej działalności społecznej.

Trzymamy kciuki za mieszkańców!

Źródło:

SmogLAB: Od dekady walczą z państwowym trucicielem. Właśnie dostali za to pozew

Problem dzików w polskich miastach jest dziś jednym z najbardziej widocznych konfliktów między przyrodą a urbanizacją. Według szacunków w samej Warszawie żyje ponad 3 tysiące dzików, a w Łodzi blisko 2 tysiące. Z regularnych przemarszów stad dzików przez centrum miasta znane są również Gdynia i Sopot, a podobne zjawiska występują w innych aglomeracjach. Wiele polskich miast decyduje się na regularny odstrzał tych zwierząt. Określane są one terminem “odstrzałów redukcyjnych” W Warszawie tylko w 2025 roku odstrzelono 464 osobniki. W Łodzi odstrzał 185 dzików w 2026 roku ma kosztować niemal pół miliona złotych. Szczegółowe zestawienie odstrzałów  redukcyjnych w Polsce można znaleźć na stronie Zakaz Polowania – https://zakazpolowania.pl/aktualnosci/zabijanie-dzikow-w-miastach/. Zabijanie dzików zamiast ich wywożenia często budzi kontrowersje i protesty opinii publicznej – jak chociażby głośny przypadek z zeszłego tygodnia dzika Henia, który spokojnie spał na placu zabaw w Warszawie.

Odstrzały dzików – nie przynoszą rezultatów

Mimo rosnącej intensywności odstrzałów, wielu ekspertów wskazuje, że jest to strategia długofalowo nieskuteczna. Liczba zgłoszeń dotyczących dzików w Warszawie wzrosła w ostatnich latach nawet kilkukrotnie, mimo regularnych redukcji populacji. Wynika to z mechanizmu ekologicznego: dziki szybko się rozmnażają i zasiedlają opróżnione nisze. W efekcie odstrzał nie usuwa przyczyny problemu, a jedynie chwilowo zmniejsza jego widoczność.

Ekosystem miejski – dogodny dla ludzi i innych zwierząt.

Choć często tego nie widzimy, miasta nigdy nie były i nigdy nie będą przestrzenią “jednogatunkową”. Żyją tu z nami inne zwierzęta – gołębie, sympatyczne wiewiórki, czy mniej sympatyczne szczury, a także dziki… które radzą sobie tu świetnie. Miasta to dla nich szereg plusów – łatwy dostęp do pożywienia (śmietniki, niezabezpieczone odpady, dokarmianie przez ludzi), wygodne kryjówki (przede wszystkim różne nieużytki i opuszczone, zarośnięte działki)  oraz brak naturalnych wrogów. W takich warunkach populacja szybko się odbudowuje, a odstrzał działa raczej jak „reset”, nie trwałe rozwiązanie. 

Obecność dzikich zwierząt w miastach jest też naturalną konsekwencją ekspansji człowieka. To nie dziki wchodzą do miast, lecz miasta rozrastają się na ich dawne siedliska, fragmentując lasy i pola. W tym sensie konflikt nie jest anomalią, lecz stałym elementem współczesnej urbanizacji.

W Łodzi w listopadzie 2025 roku powołano specjalny Zespół ds. Dzikich Zwierząt –  interdyscyplinarne ciało doradcze mające na celu humanitarne zarządzanie obecnością dzikich zwierząt w mieście. Skład zespołu obejmuje przedstawicieli urzędu miasta, naukowców, straż miejską oraz ekspertów od ochrony zwierząt. Jak podkreśla Magdalena Gałkiewicz, wiceprzewodnicząca  zespołu oraz radna miejska i przewodnicząca Partii Zieloni, celem zespołu jest ograniczenie przyczyn obecności zwierząt w mieście, m.in. poprzez lepsze gospodarowanie odpadami, zabezpieczanie zieleni miejskiej i edukację mieszkańców. W pracach zespołu podkreśla się, że kluczowe jest odejście od reaktywnego modelu interwencji na rzecz prewencji. Mamy dobre przykłady, na przykład Barcelona ograniczyła konflikty z dzikimi zwierzętami o 70 proc. Widzimy, że to działa i chcemy wypracować takie rozwiązania dla Łodzi – mówi. 

Jak z dzikami poradziła sobie Barcelona?

W Barcelonie, problem dzików stał się na tyle poważny, że miasto musiało wdrożyć wieloletni program ograniczania ich obecności w przestrzeni miejskiej. Podjęto szereg działań: wzmocniono systemy zamykania pojemników na odpady, wprowadzono zakazy dokarmiania dzików oraz uruchomiono kampanię społeczną pod hasłem „nie karm dzików”. Równolegle stosowano odławianie i kontrolowaną redukcję populacji, a w niektórych przypadkach także sterylizację wybranych osobników w ramach eksperymentalnych programów ograniczania rozrodczości. Miasto testowało również systemy odstraszania w newralgicznych punktach – m.in. specjalne ogrodzenia, zabezpieczenia koszy ulicznych oraz modyfikacje infrastruktury zielonej, tak aby ograniczyć atrakcyjność miasta jako źródła pokarmu.

Doświadczenie Barcelony jest często przywoływane w europejskiej debacie jako przykład, że sama eliminacja zwierząt nie rozwiązuje problemu, jeśli nie zmienia się warunków środowiskowych. 

Czytaj też:

Dzikie Życie: Rozmowa z adwokatką Karoliną Kuszlewicz

Prof. Krauze-Gryz: dzik to nie wróg miasta, lecz inteligentny inżynier ekosystemu

Wabione i brutalnie mordowane. Dziki w miastach są zabijane na oczach przypadkowych osób

Miasta idą na łatwiznę

Koncepcja Space-Based Solar Power (SBSP), czyli pozyskiwania energii słonecznej w kosmosie i przesyłania jej na Ziemię, od dekad pobudza wyobraźnię naukowców. Dziś jednak coraz wyraźniej przesuwa się z obszaru science fiction w stronę realnych rozwiązań, które mogą odegrać istotną rolę w transformacji energetycznej. W świecie poszukującym stabilnych i bezemisyjnych źródeł energii, wizja orbitalnych elektrowni słonecznych zaczyna być traktowana coraz poważniej.

Idea jest na pierwszy rzut oka prosta. Na orbicie okołoziemskiej umieszczane są ogromne satelity wyposażone w panele fotowoltaiczne, które niemal bez przerwy zbierają energię słoneczną. Pozyskana energia byłaby następnie przekształcana w fale elektromagnetyczne i przesyłana na powierzchnię Ziemi. Tam trafiałaby do specjalnych instalacji odbiorczych, gdzie ponownie zamieniana byłaby w energię elektryczną i wprowadzana do sieci.

Najczęściej rozważane są dwie metody przesyłu energii: za pomocą mikrofal lub wiązki laserowej. Pierwsza z nich uchodzi za bardziej dojrzałą technologicznie i mniej podatną na zakłócenia atmosferyczne, druga oferuje większą precyzję, ale jest bardziej wrażliwa na warunki pogodowe. Wbrew popularnym skojarzeniom nie byłaby to jednak wąska, intensywna wiązka przypominająca broń znaną z filmów science fiction, lecz raczej szeroki strumień energii o relatywnie niskiej gęstości, rozłożony na dużym obszarze.

Kwestia bezpieczeństwa jest jednym z kluczowych zagadnień towarzyszących tej technologii. Z dotychczasowych analiz wynika, że poziom energii docierającej do powierzchni Ziemi mógłby być porównywalny do intensywnego promieniowania słonecznego i nie stanowiłby zagrożenia dla ludzi. Systemy przesyłowe byłyby wyposażone w mechanizmy automatycznego wyłączania w przypadku utraty precyzji kierowania wiązki. Nie oznacza to jednak, że wyzwań nie ma. Naukowcy wskazują między innymi na potencjalny wpływ na ptaki i urządzenia latające, konieczność bardzo dokładnego sterowania systemem oraz kwestie regulacyjne i geopolityczne związane z przesyłem energii z kosmosu.

Choć SBSP nie jest jeszcze technologią gotową do komercyjnego wdrożenia, postęp w tej dziedzinie jest wyraźny. Projekty badawcze prowadzą między innymi NASA oraz ESA, a także agencje kosmiczne w Japonii i Chinach. W ostatnich latach udało się przeprowadzić pierwsze eksperymenty polegające na przesyle niewielkich ilości energii z orbity na Ziemię, co jeszcze niedawno pozostawało jedynie w sferze koncepcji.

Największą barierą dla tej technologii pozostają jednak koszty. Jak wskazują analizy cytowane przez Euronews, sam etap badań i rozwoju prowadzący do powstania pierwszego orbitalnego systemu o mocy rzędu jednego gigawata może pochłonąć około 15–16 miliardów euro. Skala przedsięwzięcia jest bezprecedensowa – chodzi nie tylko o wyniesienie ogromnych ilości materiałów na orbitę, ale także o ich montaż i utrzymanie w przestrzeni kosmicznej. To właśnie koszty wynoszenia ładunków pozostają dziś kluczowym czynnikiem ekonomicznym całego projektu. Jednocześnie wiele analiz wskazuje, że wraz z postępem technologicznym i spadkiem cen transportu kosmicznego sytuacja może się radykalnie zmienić. Pojawiają się prognozy, według których około 2040 roku energia z SBSP mogłaby stać się konkurencyjna cenowo wobec innych źródeł, takich jak energetyka jądrowa czy niektóre technologie odnawialne. W dłuższej perspektywie, jeśli rozwój przebiegnie zgodnie z oczekiwaniami, systemy orbitalne mogłyby wręcz obniżać koszty całego systemu energetycznego dzięki stabilnej produkcji energii niezależnej od pogody i pory dnia.

Najbardziej optymistyczne prognozy zakładają, że pierwsze demonstracyjne instalacje mogłyby powstać około 2030–2035 roku. Jeśli okażą się skuteczne i ekonomicznie uzasadnione, komercyjne wykorzystanie tej technologii mogłoby rozpocząć się w latach czterdziestych XXI wieku. Kluczową barierą pozostają koszty wynoszenia materiałów na orbitę, choć dynamiczny rozwój rakiet wielokrotnego użytku daje nadzieję na ich znaczące obniżenie.

Skala przedsięwzięcia, o którym mowa, jest ogromna. Pojedyncze orbitalne elektrownie musiałyby dysponować panelami słonecznymi o powierzchni liczonych w dziesiątkach kilometrów kwadratowych. Aby pokryć globalne zapotrzebowanie na energię, potrzebne byłyby setki takich instalacji rozmieszczonych na orbicie. Mimo to nie oznacza to, że niebo nad Ziemią zostałoby zasłonięte. Tego typu obiekty znajdowałyby się najprawdopodobniej na bardzo wysokich orbitach, na przykład geostacjonarnych, oddalonych o około 36 tysięcy kilometrów od powierzchni planety. Z perspektywy obserwatora na Ziemi byłyby praktycznie niewidoczne.

SBSP pozostaje więc wizją ambitną, ale coraz mniej odległą. Łączy w sobie potencjał dostarczania stabilnej, czystej energii z wyzwaniami, które wymagają przełomów technologicznych i ogromnych inwestycji. Najbliższe dekady pokażą, czy energia zbierana w kosmosie stanie się jednym z filarów globalnego systemu energetycznego, czy pozostanie jedynie fascynującą koncepcją na pograniczu nauki i wyobraźni.

Rząd stawia na przydomowe magazyny energii. W tym roku czekają nas dwa programy dotacji z nimi związane. Pierwszy ruszył już 30 marca i ma charakter przejściowy – wypełnia lukę po zakończeniu poprzedniej edycji „Mojego Prądu”. Drugi, zapowiadany na drugą połowę roku, będzie docelowym systemem wsparcia na kolejne lata.

Program uruchamiany teraz skierowany jest do prosumentów, czyli właścicieli instalacji fotowoltaicznych. W praktyce oznacza to, że mogą z niego skorzystać zarówno osoby już produkujące prąd na własne potrzeby, jak i te, które dopiero planują inwestycję. Dotacja obejmuje przede wszystkim magazyny energii, ale w niektórych przypadkach także instalacje paneli fotowoltaicznych czy magazyny ciepła. Maksymalne wsparcie na magazyn energii wynosi około 16 tys. zł i może pokryć do 50 proc. kosztów inwestycji. Budżet programu to około 335 mln zł, a jego realizacja przewidziana jest na lata 2026–2027.

Docelowy program dotacji – w drugiej części roku

Znacznie więcej zmian przyniesie jednak drugi program, który ma ruszyć w drugiej połowie roku. Będzie on następcą „Mojego Prądu”. Dotację będzie można uzyskać na przydomowy magazyn energii o pojemności min. 12 kWh, magazyn ciepła lub falownik hybrydowy, czyli urządzenie umożliwiające współpracę domowej fotowoltaiki z magazynem energii. W programie nie przewiduje się już natomiast dofinansowania samej fotowoltaiki. Wszystko wskazuje na to, że poziom wsparcia będzie uzależniony od zasad na jakich rozliczamy naszą instalację fotowoltaiczną. Prosumenci rozliczający się na tzw. nowych zasadach (net-billing) będą mogli liczyć na dotacje rzędu do 16 tys. zł, podczas gdy osoby na starych zasadach (tzw. net-metering) – raczej około 8 tys. zł. Ostateczne warunki programu nie są jeszcze w pełni znane i mogą się zmienić, ale kierunek jest już wyraźny: państwo chce premiować magazynowanie energii i jednocześnie zachęcać do przechodzenia na nowszy system rozliczeń.

Przydomowe magazyny energii – jak działają, ile kosztują?

Przydomowe magazyny energii to urządzenia – najczęściej oparte na technologii litowo-jonowej – które pozwalają przechowywać nadwyżki prądu, na przykład z instalacji fotowoltaicznej, i wykorzystywać je później, gdy produkcja spada lub ceny energii rosną. Działają poprzez ładowanie baterii w momentach nadprodukcji i automatyczne oddawanie energii do domowej instalacji wtedy, gdy jest na nią zapotrzebowanie, co znacząco zwiększa autokonsumpcję i częściowo uniezależnia gospodarstwo od sieci. W praktyce może to podnieść wykorzystanie własnej energii nawet do 80–90% i przełożyć się na oszczędności rzędu około 1–3 tys. zł rocznie w typowym domu, a przy wykorzystaniu taryf dynamicznych nawet więcej, ponieważ magazyn pozwala także „kupować tanio i zużywać drogo”. 

Koszt takiego rozwiązania w Polsce w 2026 roku wynosi zazwyczaj około 18–35 tys. zł za system o pojemności 10–15 kWh z montażem, jednak dzięki planowanym dotacjom do 16 tys. zł (do ok. 30–50% kosztów) realny wydatek może spaść nawet do kilkunastu tysięcy złotych, co skraca okres zwrotu inwestycji do około 4–7 lat. Co istotne, ceny magazynów energii w Polsce wyraźnie spadają – w ostatnich 1–2 latach nawet o 30–40%, a długoterminowy trend wynosi około 10% rocznie – głównie dzięki masowej produkcji baterii, rosnącej konkurencji i postępowi technologicznemu. 

Nowe technologie w zakresie magazynów energii rozwijają także Polacy – o czym pisaliśmy już wcześniej. Chodzi o urządzenie EkoPowerBOX, opracowywane przez Centrum Badań i Rozwoju Technologii dla Przemysłu (CBRTP), które zamienia nadwyżki energii w wodór poprzez elektrolizę wody.​ Koszt urządzenia ma być porównywalny z kosztem nowoczesnego kotła gazowego – ok. 12-16 tys. zł.

Szacowanie ile produktu potrzebujemy

Jedna łyżeczka to około 5g

Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua.

Jedna łyżka to około 15g

Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua.

Jedna szklanka to około 250g

Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua.