System kaucyjny w Polsce działa lepiej, niż wielu się spodziewało. Polacy chętnie oddają opakowania, a pierwsze dane potwierdzają skuteczność nowego rozwiązania. Jak poinformowała podczas konferencji ministra klimatu Paulina Hennig-Kloska, około 60 proc. butelek wprowadzonych do sprzedaży w pierwszym kwartale 2026 roku wróciło do systemu. To wynik wyższy od zakładanego na tym etapie wdrożenia. Co istotne, to również znacząco więcej niż poziomy odzysku osiągane wcześniej za pomocą selektywnej zbiórki (tzw. żółtych pojemników). Docelowo system ma osiągnąć poziom 77 proc. zbiórki do 2028 roku oraz 90 proc. w kolejnych latach – zgodnie z wymogami unijnymi.
Co nie działa w systemie kaucyjnym?
Nie oznacza to jednak, że system działa bez zarzutu. W wielu supermarketach widać kolejki do butelkomatów. Z jednej strony to pozytywny sygnał – świadczy o dużym zainteresowaniu i zaangażowaniu konsumentów. Z drugiej jednak pokazuje ograniczoną przepustowość infrastruktury. Użytkownicy zwracają też uwagę na problemy techniczne: urządzenia częściej niż zakładano błędnie odczytują opakowania, co wydłuża cały proces zwrotu.
Rząd zapowiada dalszy rozwój systemu – i warto podkreślić, że są na to środki. System kaucyjny ma charakter zamknięty: środki z nieodebranych kaucji pozostają w systemie i muszą być przeznaczane na jego rozwój, m.in. na zwiększanie liczby butelkomatów czy poprawę logistyki. Operatorzy nie mogą traktować tych środków jako zysku dla akcjonariuszy.
Kluczowy problem z kaucją – przechowywanie opakowań w domu!
Dla wielu użytkowników wyzwaniem pozostaje przechowywanie opakowań w domu. Ponieważ powinny być oddawane w stanie niezgniecionym, zajmują stosunkowo dużo miejsca. Z dostępnych danych wynika, że konsumenci wolą oddawać większe partie naraz – średnio około kilku (ok. 5–7) opakowań podczas jednej wizyty. Pojawiają się też głosy dotyczące niewygody transportu – opakowania noszone luzem w torbach hałasują i łatwo się przemieszczają.
Warto spojrzeć na rozwiązania stosowane w krajach, gdzie systemy kaucyjne funkcjonują od lat. Pierwszym kierunkiem jest dalsze zagęszczanie sieci punktów zwrotu – im bliżej domu znajduje się butelkomat, tym częściej i wygodniej można z niego korzystać. Drugim pomysłem są specjalne torby z przegródkami, rozdawane lub sprzedawane przez sklepy. Ułatwiają one zarówno przechowywanie opakowań w domu, jak i ich transport – eliminując problem hałasu i chaosu w torbie. Niewykluczone, że podobne rozwiązania pojawią się również w Polsce.
Co bardzo istotne, podczas konferencji prasowej ministra klimatu Paulina Hennig-Kloska, zapowiedziała chęć rozszerzenia systemu kaucyjnego na kolejne rodzaje opakowań. Przede wszystkim krytykowany jest brak w obecnym systemie tzw. małpek czyli jednorazowych opakowań szklanych, przede wszystkim na wódkę. Jak poinformowała ministra, czas na rozszerzenie asortymentu opakowań przyjdzie gdy system będzie już sprawnie działał. Kiedy to nastąpi? Nie wiadomo.
Polak i Duńczyk potrafi – oszukiwać na kaucji
Oczywiście, jak w każdym systemie finansowym, pojawiły się także próby nadużyć. Operator systemu PolKa – Polska Kaucja poinformował, że w różnych częściach kraju odnotowano już pierwsze przypadki oszustw i zwrócił się do sklepów o zachowanie czujności.
Sposoby na obejście systemu są różnorakie. Obejmują m.in. naklejanie podrobionych etykiet z oznaczeniem kaucji na opakowania, które nie są objęte systemem, dokonywanie zwrotów dużych ilości butelek i puszek bez właściwego oznakowania, a także wprowadzanie pracowników sklepów w błąd co do zasad przyjmowania opakowań. Jak opisywał ekspert Michał Sieczkowski, cytowany przez Business Insider, w niektórych przypadkach wykorzystywano także konstrukcyjne ograniczenia starszych butelkomatów – skaner kodów kreskowych umieszczony poza otworem wrzutowym oraz brak funkcji ważenia. W jednym z analizowanych zdarzeń przy automacie w sklepie sieci Żabka do worka trafiły 22 puszki, z których tylko jedna należała do systemu kaucyjnego; tę samą puszkę wielokrotnie przykładano do skanera, podczas gdy pozostałe wrzucano do środka.
Podobne nadużycia odnotowano również w innych krajach. W Niemczech jeden z mężczyzn zbudował specjalny mechanizm, który pozwalał na wielokrotne skanowanie tej samej butelki – według ustaleń była ona rejestrowana ponad 1,2 mln razy, co przełożyło się na zysk rzędu ok. 44 tys. euro (ok. 190 tys. zł). Z kolei w Danii opracowano sposób kopiowania bonów wydawanych przez butelkomaty i realizowania ich jednocześnie w wielu punktach sprzedaży, co pozwalało na wyłudzanie znacznych kwot.
Surowe kary za oszustwa na kaucji
Polskie przepisy traktują tego typu działania jako przestępstwa. Zgodnie z Kodeksem karnym, doprowadzenie sklepu do wypłaty kaucji za opakowania nieobjęte systemem lub sfałszowane (art. 286 § 1 k.k.) jest kwalifikowane jako oszustwo i zagrożone karą od 6 miesięcy do 8 lat pozbawienia wolności. Z kolei podrabianie lub przerabianie oznaczeń systemu kaucyjnego (art. 270 § 1 k.k.) stanowi fałszerstwo, za które grozi kara od 3 miesięcy do 5 lat więzienia.
Co ważne, ściganie takich czynów odbywa się z urzędu, niezależnie od wartości szkody – nawet jeśli chodzi o niewielkie kwoty. Sklepy mają prawo odmówić wypłaty kaucji, zatrzymać podejrzane opakowania jako dowód i wezwać policję. Producenci butelkomatów podkreślają natomiast, że nowsze urządzenia wyposażone w systemy ważenia oraz dodatkowe czujniki znacząco ograniczają możliwość tego typu manipulacji.
Polski Rząd zapowiedział wprowadzenie zakazu sprzedaży jednorazowych e-papierosów. Można powiedzieć… wreszcie. Jednorazowe e-papierosy to produkt zły w zasadzie pod każdym względem… Szkodliwy dla zdrowia, zachęcający do palenia młodzież oraz.. bardzo nieekologiczny!
Choć ciężko w to uwierzyć sprzedaż jednorazowych e-papierosów według szacunków Centrum Monitorowania Rynku przekroczyła w Polsce poziom 100 milionów sztuk rocznie! Co gorsza, ich kolorowy design w połączeniu z intensywnymi kampaniami marketingowymi zwiększył zainteresowanie paleniem wśród bardzo młodych osób. Sprzedaż z roku na rok rosła, a koncerny tytoniowe zacierały ręce – w przeciwieństwie do środowiska.
Jednorazowe e-papierosy = góra śmieci
Jednorazowe e-papierosy po kilku dniach użytkowania nadają się do wyrzucenia. Teoretycznie powinny trafiać do punktów zbiórki elektroodpadów – w praktyce lądują w zwykłych koszach. Tymczasem w środku takiego urządzenia znajduje się akumulator litowo-jonowy, który mógłby wytrzymać nawet kilkaset cykli ładowania, a także miedź i inne cenne metale. To przykład niesamowitego marnotrawstwa zasobów. 100 milionów e-papierosów czyli ich roczne zużycie w Polsce zawiera w sobie tyle ogniw litowo-jonowych ile wystarczyłoby do wyprodukowania 3 tysięcy baterii do samochodów elektrycznych! Tymczasem wszystkie te ogniwa lądują w koszach, gdzie stwarzają ryzyko ryzyko pożarów – uszkodzone baterie litowe są jedną z częstszych przyczyn zapłonów w śmieciarkach i sortowniach odpadów. Z kolei zawarte w nich płyny zawierające nikotynę, rozpuszczalniki oraz substancje aromatyzujące mogą prowadzić do skażenia gleby i wody. Nawet gdy jednorazowy e–papieros trafi do zbiórki elektrośmieci, ze względu na niewielki rozmiar i skomplikowaną konstrukcję odzyskanie cennych materiałów jest zazwyczaj nieopłacalne.
Kapitalizm kocha jednorazowe produkty – planeta nie
Jednorazowe e-papierosy są więc symbolem szerszego problemu współczesnej gospodarki kapitalistycznej – produktów projektowanych tak, by szybko stały się odpadem – a klient ruszył z powrotem na zakupy. Firmy chcą bowiem maksymalizować zyski – często nie patrząc na ekologię, zdrowy rozsądek, czy racjonalne wykorzystanie zasobów. Produkty trwałe, na lata, kapitalistycznym firmom się po prostu nie opłacają.
Dlatego dla wielu osób zniknięcie z rynku jednorazowych e-papierosów byłoby czymś więcej niż tylko zmianą w przepisach. Byłoby też sygnałem, że jednorazowe gadżety nie zawsze mają miejsce w świecie, który próbuje rozsądnie gospodarować zasobami naszej planety.
Trwają konsultacje społeczne dotyczące budowy ścieżki rowerowej łączącej Hajnówkę z Białowieżą. Drogowcy promują wariant poprowadzenia jej wzdłuż ruchliwej drogi, co oznaczać będzie wycinkę kilku tysięcy potężnych drzew! Rowerzyści pukają się w głowę – nikt nie lubi jeździć rowerem tuż obok samochodów, szczególnie jak dostępne są dużo mądrzejsze warianty. Czy konsultacje społeczne sprawią, że drogowcy pójdą po rozum do głowy?
Planowana ścieżka to jedna z najbardziej oczywistych inwestycji turystycznych w regionie. Hajnówka leży na skraju Puszczy Białowieskiej, a Białowieża 15 km dalej, w jej sercu. Oba miasta łączy ruchliwa, ale niezwykle malownicza droga wojewódzka prowadząca przez środek puszczy. Drzewostan w jej otoczeniu jest naprawdę imponujący – nierzadko są to potężne drzewa o wymiarach pomnikowych. Teren jest bardzo atrakcyjny turystycznie, więc stworzenie porządnej infrastruktury rowerowej z prawdziwego zdarzenia jest jak najbardziej zasadne. Problem polega jednak na tym, że wariant preferowany przez drogowców budzi ogromne kontrowersje.
Możliwe przebiegi ścieżki
Podlaski Zarząd Dróg Wojewódzkich uparcie rekomenduje budowę ścieżki w pasie drogowym wzdłuż drogi wojewódzkiej nr 689 łączącej Hajnówkę z Białowieżą. Środowiska rowerowe nie pozostawiają na tym projekcie suchej nitki. Oczywistym problemem jest już wspomniana wycinka drzew. Aktywiści podkreślają też, że jazda kilka metrów od ruchliwej szosy nie jest ani przyjemna ani bezpieczna. Wiąże się z wdychaniem spalin, a poszerzenie pasa drogowego sprawi, że zamiast jazdy w cieniu drzew rowerzyści znajdą się na nasłonecznionej “patelni”. Ich zdaniem trasa powinna prowadzić przez puszczę – wykorzystując istniejące drogi leśne lub inne korytarze infrastrukturalne.
Wśród proponowanych alternatyw pojawia się m.in. wariant wykorzystujący drogi prowadzące przez Budy, Teremiski i Pogorzelce, częściowo pokrywający się ze szlakiem Green Velo. Wskazywany jest również przebieg wzdłuż linii kolejowej, gdzie ingerencja w przyrodę byłaby znacznie mniejsza. Linia kolejowa praktycznie nie jest obecnie użytkowana. Co prawda jest w planach jej reaktywacja, ale będzie oznaczało to jedynie kilka pociągów dziennie. Tymczasem na drodze wojewódzkiej mamy nieprzerwany sznur samochodów. Wzdłuż linii kolejowej jest już pas wolny od drzew, gdzie zmieści się ścieżka rowerowa z minimalną ingerencją w drzewostan. Zdaniem aktywistów takie rozwiązania byłyby nie tylko bardziej przyjazne środowisku, ale też zwyczajnie ciekawsze dla turystów. Spojrzenie na mapę chyba nie pozostawia złudzeń, gdzie posiadający rozum rowerzysta wolałby podróżować.
Krytycy zwracają uwagę, że forsowanie wariantu wzdłuż drogi może wynikać z kwestii formalnych i finansowych – budowa infrastruktury rowerowej w pasie istniejącej drogi jest dla zarządcy prostsza organizacyjnie. Z perspektywy przyrody i turystyki taki przebieg trasy budzi jednak poważne wątpliwości. Drogowcy używali do tej pory dość kuriozalnych argumentów, że przebieg drogi w wariancie przez las byłby problematyczny w przypadku konieczności dojazdu ambulansu. Tymczasem ryzyko poważnej kolizji, wymagającej interwencji ambulansu na drodze rowerowej przez las bez samochodów jest prawie zerowe, czego nie można powiedzieć o przypadku, gdy droga rowerowa będzie biegła wzdłuż ruchliwej drogi.
Na razie ostateczny przebieg ścieżki nie jest przesądzony. Trwające konsultacje społeczne mają pomóc w wyborze wariantu, który pogodzi potrzeby turystyki rowerowej z ochroną przyrody. Od ich wyniku zależy, czy nowa trasa stanie się przykładem dobrze zaplanowanej infrastruktury w cennym przyrodniczo regionie – czy kolejnym rozdziałem w długiej historii sporów o przyszłość Puszczy Białowieskiej.
Zainteresowanych tematem, zapraszam na FB Miasta dla Rowerów:
Zdjęcie główne wpisu: Droga Wojewódzka Hajnówka – Białowieża, fot. Radosław Drożdżewski
Poziom wody w Morzu Bałtyckim spadł do rekordowo niskich wartości, jakich nie notowano od początku regularnych pomiarów w 1886 roku! Średnia wysokość lustra wody jest obecnie około 67 centymetrów poniżej normy wieloletniej! Do tej wyjątkowej sytuacji doprowadziła tegoroczna zima – długotrwałe zaleganie nad Bałtykiem wyżu barycznego oraz silne wiatry wschodnie. Oba te efekty przyczyniły się do rekordowego wypchnięcia wody przez Cieśniny Duńskie do Morza Północnego.
Choć rekordowo niski stan wód utrudnia żeglugę i dostęp do portów, okazuje się, że jest to równocześnie niesamowicie korzystna sytuacja dla środowiska! Czekamy bowiem obecnie na odwrócenie się sytuacji. Gdy zaczną dominować wiatry z zachodu, do Bałtyku najprawdopodobniej napłyną silnie zasolone, chłodne, bogate w tlen wody z Morza Północnego. Takie wlewy zdarzają się bardzo rzadko, a mają ogromne znaczenie dla kondycji ekosystemu Bałtyku. Morze to jest bowiem stosunkowo zamknięte, przez co charakteryzuje się niskim zasoleniem i ograniczoną wymianą wód. W konsekwencji w głębszych partiach akwenu często dochodzi do niedoborów tlenu, prowadzących do powstawania tzw. martwych stref, w których życie praktycznie zanika.
Jak podkreśla Volker Mohrholz z Leibniz Institute for Baltic Sea Research, szczególnie istotna jest również niska temperatura wody. Zimna woda jest w stanie rozpuścić znacznie więcej tlenu niż ciepła, co stwarza unikalną szansę na dotlenienie głębokich warstw Bałtyku. Może to przynieść realną poprawę warunków życia dla wielu gatunków organizmów morskich.
Fot. Niski stan Bałtyku odsłonił w Sztokholmie wrak statku z XVII wieku – źródło: Statens fastighetsverk
Od około dwóch dekad obserwuje się bowiem podwyższone temperatury w centralnych basenach Bałtyku, co sprzyja wzmożonej aktywności mikroorganizmów i przyspiesza rozkład materii organicznej. Procesy te zwiększają zużycie tlenu i pogłębiają kryzys ekologiczny morza. Napływ chłodniejszej wody może te niekorzystne zjawiska zahamować lub przynajmniej znacząco spowolnić.
Nietypowo niskie poziomy oraz silny mróz sprawiły, że w niektórych miejscach Bałtyk zamarzł znacząco bardziej niż zwykle — co doprowadziło np. do otwarcia lodowych dróg w Estonii (między wyspami Hiiumaa i Vormsi) oraz do tworzenia się rzadkich zjawisk lodowych jak torosy (wały lodowe) na plażach.
Zdjęcie satelitarne pokazujące cofnięcie się oraz zamarznięcie wód Zatoki Puckiej, źródło: Instytut Oceanlogii PAN
Baltic Water Inflow – jak często się zdarza?
Baltic Water Inflow (BWI) to silne wlewy wód z Morza Północnego do Morze Bałtyckiego przez Cieśniny Duńskie. Do tzw. dużych wlewów dochodzi obecnie średnio raz na 10–15 lat, choć w przeszłości zdarzały się one znacznie częściej. Ostatni wyjątkowo silny wlew miał miejsce zimą 2014/2015 i był pierwszym tego typu zdarzeniem od ponad dekady. Efekt dotlenienia głębokich basenów Bałtyku nie jest jednak trwały — poprawa warunków tlenowych utrzymuje się zazwyczaj od kilku miesięcy do kilku lat, po czym tlen jest stopniowo zużywany w procesach rozkładu materii organicznej. Obecnie znaczna część dna Bałtyku, zwłaszcza w basenach Gotlandzkim i Bornholmskim, pozostaje dotknięta chroniczną hipoksją lub całkowitym beztleniem, a powierzchnia tzw. martwych stref należy do największych na świecie wśród mórz przybrzeżnych. Z tego względu każdy silny wlew wód atlantyckich stanowi rzadką, ale niezwykle cenną szansę na czasową regenerację głębokich ekosystemów Bałtyku — choć bez ograniczenia dopływu biogenów z lądu efekt ten pozostaje jedynie chwilowym „oddechem” dla morza.
W Polsce coraz więcej osób deklaruje, że w nowym roku chce zmienić swoje nawyki żywieniowe i ograniczyć spożycie mięsa lub całkowicie z niego zrezygnować. Najnowszy sondaż przeprowadzony na zlecenie Compassion in World Farming Polska przez agencję PBS pokazuje, że aż 32% Polek i Polaków w 2026 r. planuje jeść mniej mięsa lub całkowicie z niego zrezygnować.
W badaniu 26% ankietowanych zadeklarowało, że planuje ograniczyć mięso, 3% chce całkowicie zrezygnować z jego jedzenia, a kolejne 3% nie spożywa mięsa od co najmniej dwóch lat. Badanie zbiega się w czasie z Veganuary, czyli międzynarodową kampanią promującą dietę roślinną.
Ograniczenie spożycia mięsa to nie tylko moda, ale również rosnąca świadomość zdrowotna i ekolgiczna. Coraz więcej osób dostrzega związki między nadmiernym spożyciem produktów mięsnych a ryzykiem chorób układu krążenia, nowotworów czy otyłości. Problemem zdrowotnym są też antybiotyki w mięsie o czym pisaliśmy w zeszłym tygodniu. Z kolei jeśli chodzi o ekologię, coraz powszechniejsza jest świadomość, że hodowla zwierzęca odpowiada za znaczną część emisji gazów cieplarnianych czy wylesianie.
Ścisła dieta wegańska dla wielu może być wymagająca, ale już zwykłe ograniczenie częstotliwości jedzenia mięsa jest w zasięgu praktycznie wszystkich. Zamiast rewolucji wielu ludzi, i słusznie, decyduje się na ewolucję swojej diety w kierunku tej bardziej roślinnej.
Jak podkreśla Małgorzata Szadkowska, prezeska Compassion in World Farming Polska, dyskusja o diecie często bywa zakłócona politycznymi sporami i uproszczeniami:
„Jedzenie mięsa zostało upolitycznione i temat diety służy dziś też jako narzędzie do polaryzowania społeczeństwa. Straszy się nas jedzeniem robaków, które rzekomo mają być alternatywą, do której zostaniemy zmuszeni wkrótce i podkreśla się w tych dyskusjach niemalże zamach na wolność wyboru. Tymczasem Polki i Polacy chcą żyć zdrowiej i sami z siebie wybierają produkty roślinne coraz częściej.
Ilu Polaków nie je mięsa? Wegetarianizm w Polsce
Szacunki oczywiście są bardzo różne, w zależności od badania. Temat utrudnia cała mnogość opcji – są weganie, wegetarianie, pescetarianie, semiwegetarianie czy fleksitarianie… Można się w tym pogubić. Jedno jest pewne – ilość osób ograniczających mięso w Polsce stale rośnie.
Podając za danymi Vegan Society, w 2025 r. 6% Polaków określało się jako wegetarianie a 24% jako fleksitarianie (osoby jedzące mało mięsa). Z kolei inny raport „Jak odżywiają się Polacy? Kukuła Healthy Food 2021”, wykazał odsetek wegetarian w naszym kraju na poziomie 10% . W badaniu Ariadna z 2019 r. odsetek Polaków będących na diecie wegetariańskiej lub wegańskiej wynosił 8,4 proc. Dla porównania, pięć lat wcześniej według badania CBOS z 2014 roku ten odsetek wynosił tylko 1%!
Poza ankietami, popularność odchodzenia od mięsa możemy mierzyć również analizując sprzedaż roślinnych zamienników mięsa. Ta cały czas rośnie. Według raportów rynkowych, w ciągu kilku ostatnich lat sprzedaż roślinnych alternatyw w Polsce wzrosła nawet kilkukrotnie – niektóre źródła mówią o wzroście rzędu 400–500%. Zwiększa się też dostępność tych produktów: znajdują się już nie tylko w sklepach specjalistycznych, ale też w ofercie popularnych dyskontów czy restauracji sieciowych. Szerzej pisaliśmy o tym tutaj.
Styczeń to miesiąc promocji diety roślinnej. Skuteczną zachętą do ograniczania mięsa w diecie może być dla wielu osób informacja o skali stosowania antybiotyków w produkcji żywności. Okazuje się, że nasz kraj zajął niechlubne drugie miejsce w Unii Europejskiej pod względem zużycia antybiotyków w hodowli zwierząt. Ustalono to na podstawie analizy danych Europejskiej Agencji ds. Leków (EMA). Wyżej od Polski znalazła się jedynie Hiszpania. To szczególnie niepokojące w kontekście ostrzeżeń Światowej Organizacji Zdrowia, która uznaje narastającą antybiotykooporność za jedno z największych zagrożeń zdrowotnych XXI wieku.
Dlaczego w hodowli przemysłowej stosuje się tyle antybiotyków?
Powodów jest kilka. Głównym jest to, jak w praktyce przebiega hodowla świń czy kurczaków. W dominującym modelu przemysłowym hodowli zwierzęta są niesamowicie stłoczone i praktycznie pozbawione możliwości ruchu! To szokujące, ale zgodnie z prawem na 1 kurczaka wystarczy powierzchnia mniejsza niż kartka A4, a dla dorosłej świni normy unijne przewidują około 1 m², czyli mniej więcej tyle, ile zajmuje jej ciało. To prowadzi do fatalnego stanu zdrowia zwierząt, stresu i szybkiego rozprzestrzeniania się chorób. W praktyce hodowla bardzo często opiera się na farmakologicznym podtrzymywaniu życia zwierząt w bardzo kiepskim zdrowiu. Cel jest jeden – aby dożyły do momentu uboju.
Na fermach stosuje się kilka schematów użycia antybiotyków. Pierwszy to leczenie zwierząt już chorych – teoretycznie najbardziej uzasadnione. Drugi to tzw. metafilaktyka, czyli sytuacja, w której po wykryciu choroby u pojedynczych sztuk leki otrzymuje cała grupa, aby zapobiec dalszemu rozprzestrzenianiu się infekcji. Trzeci, najbardziej kontrowersyjny mechanizm, to profilaktyka – podawanie antybiotyków „na zapas”, zanim pojawią się jakiekolwiek objawy choroby. Choć w Unii Europejskiej zakres takiego stosowania jest formalnie ograniczany, w praktyce przez lata był on powszechny i wciąż pozostaje istotnym elementem intensywnej produkcji zwierzęcej.
Co gorsze – antybiotyki w mięsie czy pestycydy w roślinach?
W dyskusjach często pojawia się kontrargument, że „warzywa też są pryskane chemią”. To prawda – w rolnictwie roślinnym stosuje się pestycydy i środki ochrony roślin, co również budzi obawy zdrowotne. Problem z antybiotykami jest jednak systemowy – masowe stosowanie antybiotyków w hodowli zwierząt jest dziś większym zagrożeniem, bo prowadzi do utraty skuteczności leków ratujących życie – a to dotyczy wszystkich, nie tylko konsumentów mięsa. Pestycydy nie są antybiotykami i nie oddziałują na bakterie w taki sposób, by prowadzić do powstawania oporności na leczenie u ludzi.
Jak ograniczyć kontakt z antybiotykami w żywności?
Odpowiedzią będzie tu oczywiście dieta roślinna. Antybiotyki w uprawach roślin w Unii Europejskiej stosowane są wyjątkowo rzadko. Jeśli decydujemy się na mięso, “uratować” może nas tylko kupowanie mięsa niehodowanego przemysłowo, przede wszystkim mięsa BIO. W hodowli ekologicznej na terenie Unii antybiotyki mogą być stosowane wyłącznie w leczeniu chorych zwierząt, a ich profilaktyczne podawanie jest zakazane. Zwierzęta leczone wielokrotnie tracą też status ekologiczny.
Pomimo tego, że w świecie nauki nikt nie kwestionuje, że kryzys klimatyczny to dzieło człowieka – po Polsce hasają ruskie trole i pseudo-naukowcy szerzący klimatyczne bzdury. Powstaje pytanie… komu jest to na rękę?
14 stycznia w Sejmie, pod patronatem wicemarszałka Krzysztofa Bosaka z Konferderacji, odbyła się konferencja zatytułowana „Czy człowiek ma wpływ na klimat?”. Konferencja tylko z nazwy – w praktyce było to wydarzenie jednostronne, gdzie pojawiło się kilku denialistów klimatycznych, wielokrotnie krytykowanych za szerzenie dezinformacji. W Sejmie pojawili się m.in. Stefan Uhlig, autor książki „Klimatyczne oszustwo” oraz Tomasz Wójcik, nominowany do tytułu „Klimatycznej bzdury roku”. Był też Ziemowit Malecha, konsekwentny krytyk polityki klimatycznej i transformacji energetycznej, a także kolejny nominowany do “klimatycznej bzdury roku” Jan Kubicki. Żaden z nich nie jest klimatologiem.
Tymczasem w świecie nauki ponad 99,9 proc. autorów zajmujących się klimatem wskazuje działalność człowieka jako główną przyczynę obecnego ocieplenia(a źródło macie tu). Mówimy więc nie o „kontrowersji”, lecz o jednym z najsilniejszych konsensusów naukowych we współczesnej historii. Próby jego podważania nie są wyrazem zdrowego sceptycyzmu, lecz stoją w sprzeczności z elementarnymi faktami.
Rosja od 2022 r. zintensyfikowała swoje działania dezinformacyjne na temat kryzysu klimatycznego.
W okresie od maja 2022 r. do maja 2024 r. Rosja była głównym twórcą komunikacji w dyskusjach online na temat zielonej energii w mediach społecznościowych i serwisach informacyjnych.
Skalę działalności rosyjskich mediów w obszarze denializmu klimatycznego można uznać za masową.
Komisja rządowa pod przewodnictwem szefa Służby Kontrwywiadu Wojskowego gen. bryg. dr hab. Jarosława Stróżyka
Po co Rosja szerzy klimatyczne bzdury? Według raportu ma to na celu odwrócenie uwagi i zasobów Europy od działań, które mogłyby łagodzić zmiany klimatyczne. To ma z kolei osłabić sytuację gospodarczą, militarną i polityczną w Europie, a także zmniejszyć zaufanie ludzi w Europie do rządów i instytucji (“ta Unia wciska nam jakieś kity z kryzysem klimatycznym!”). Wydaje się, że ostatnio Rosji idzie świetnie.
Spośród głównych metod dezinformacji w sprawach klimatu i polityki klimatycznej należy wymienić:
podważanie wartości badań i oskarżenia pod adresem środowiska nauki;
angażowanie polityków w roli ekspertów klimatycznych przy jednoczesnym pomijaniu zdania ekspertów zajmujących się tą problematyką;
teorie spiskowe, np. Europejski System Handlu Emisjami (ETS) jako narzędzie spekulacji finansowej, które ma doprowadzić do upadłości Polski
manipulowanie danymi; „szukanie winnych” – przerzucanie na inne podmioty, instytucje odpowiedzialności, np. za zaniedbania związane z transformacją energetyczną
Dezinformacja klimatyczna w służbie biznesu
Równolegle wskazuje się na rolę w szerzeniu dezinformacji klimatycznej podmiotów gospodarczych, które mają bezpośredni interes w opóźnianiu odchodzenia od paliw kopalnych – globalnych koncernów, dla których transformacja energetyczna oznacza realne straty finansowe.
Na świecie konsekwencje takiej dezinformacji są coraz częściej przedmiotem działań prawnych. Firmy takie jak ExxonMobil czy Shell były oskarżane o finansowanie kampanii podważających naukę o klimacie, mimo że wewnętrzne analizy tych spółek od dekad potwierdzały skalę zagrożenia. Również niektóre organizacje lobbingowe i think tanki znalazły się pod lupą za rozpowszechnianie fałszywych narracji klimatycznych.
Źródło zdjęcia głównego: Transmisja Youtube konferencji „Czy człowiek ma wpływ na klimat” w Sejmie
Najpierw trzeba natrudzić się by znaleźć opakowanie ze znaczkiem kaucji… potem odnaleźć działający butelkomat. A na koniec jeszcze wgryźć się w przepisy realizacji bonu bo w każdej sieci handlowej są inne. Tak działa system kaucyjny w praktyce.
Krok 1. Znalezienie opakowania ze znaczkiem kaucji
Tak jak już wcześniej informowaliśmy, okres przejściowy systemu wciąż trwa. Oznacza to, że choć nie można już wprowadzać do systemu opakowań bez znaczka kaucji, wciąż mogą być wyprzedawane stare zapasy. Na półkach znajdują się zatem zarówno opakowania ze znaczkiem kaucji jak i takie bez niego. Co więcej, mogą one być wyprodukowane przez tego samego producenta i leżeć obok siebie. Przykład? Piwo Pilsner Urquell w puszce w Lidlu. W odwiedzonym przeze mnie sklepie tej sieci musiałem przekopywać się przez puszki niekaucyjne by trafić wreszcie na taką z nowej partii. Opakowań bez kaucji wciąż jest znacznie więcej. Logo kaucji jest małe i źle widoczne. W praktyce łatwiej poszukiwania zacząć od rozejrzenia się po cenówkach – tam wyraźniej widać napis “0,5 l + 50 gr kaucji”.
Jakie marki możemy już spotkać ze znaczkiem kaucji? Ja znalazłem puszki piwa Tyskie i Pilsner Urquell oraz plastikowe butelki Coca Cola, a także małe plastikowe puszki Tymbark.
Źródło: Żabka
Krok 2. Butelkomat lub kasa
Te często są ale nie działają. Tak było w odwiedzonym przeze mnie Lidlu i Żabce. W takim przypadku kasjer ma obowiązek przyjąć opakowania kaucyjne przy kasie. Przypomnijmy zasady – w systemie kaucyjnym obowiązkowo uczestniczą wszystkie sklepy powyżej 200 m2. Mogą prowadzić zbiórkę manualnie przy kasie albo za pomocą automatów. Mniejsze sklepy mogą dobrowolnie przystąpić do systemu kaucyjnego. Jeżeli sklep jest w systemie – musi honorować wszystkie opakowania ze znaczkiem kaucji – nie tylko te zakupione, czy dostępne w danym sklepie. Oczywiście nie są wymagane potwierdzenia zakupu w postaci paragonu.
Krok 3. Uzyskanie zwrotu środków
Aby jeszcze utrudnić sprawę, różne sieci handlowe mają różne zasady odnośnie kaucji. W sklepach sieci Lidl mamy do dyspozycji butelkomaty, w których otrzymujemy bon. Można go zrealizować w przeciągu 30 dni ale jedynie w danym sklepie. Trwają analizy czy takie rozwiązanie jest zgodne z prawem – wszystkie sklepy Lidla w Polsce mają bowiem ten sam NIP i teoretycznie wszystkie powinny honorować bon. Takiego obostrzenia nie ma np. w Żabkach i Biedronkach – bon uzyskany w tych sieciach możemy zrealizować w dowolnym sklepie sieci na terenie kraju.
Pamiętajmy też, że wykorzystanie bonu nie może być też warunkowane kolejnymi zakupami – każdy sklep powinien rozliczyć go wydając gotówkę. Z wydrukowanym bonem z butelkomatu wracamy się do sklepu i tam możemy oczywiście dokonać kolejnych zakupów ale nie musimy. Możemy po prostu wrócić do kasy, zrealizować bon i otrzymać pieniądze.
Studium przypadku – Lidl przy ul. Zgierskiej 211 w Łodzi
W odwiedzonym przeze mnie Lidlu przy ul. w Łodzi sytuacja była dość kuriozalna. Butelkomat wewnątrz sklepu był nieczynny. Widniała na nim kartka, że inny butelkomat znajduje się w osobnym pomieszczeniu od strony parkingu. Rzeczywiście, tak jest w wielu Lidlach, ale akurat nie w tym 🙂 Tutaj przywieszono standardową kartkę, nie przejmując się, że zupełnie mija się z prawdą. Znając przepisy udałem się do kasy, gdzie poinformowałem, że chciałbym zwrócić opakowania kaucyjne przy kasie. Kasjerka zrobiła wielkie oczy i próbowała się bronić – “tego Tyskiego Panu nie przyjmę bo my ich nie mamy w sprzedaży” – powiedziała. Grzecznie wyjaśniłem, że zgodnie z prawem musi je przyjąć i w razie jakichś wątpliwości może wezwać managerkę. Następnie Pani dość sfoszona powiedziała, że “ona nawet nie wie jak tę kaucję nabić na kasie”. Za mną oczywiście była kolejka klientów, którzy nie pałali już do mnie nadmierną sympatią…. Postanowiłem jednak spróbować dopiąć swego i razem z kasjerką poczekaliśmy na managerkę…
Koniec tej historii był jednak wyjątkowo optymistyczny. Przyszła managerka i w mgnieniu oka udało się znaleźć odpowiedni przycisk na kasie.. a ja uzyskałem moje 50 groszy 🙂 Udałem tylko, że nie słyszę toczącej się dalej dyskusji pomiędzy kasjerką a managerką, gdzie wyrzucić przyniesione przeze mnie puszki… Obawiam się, że przy niedziałających w sklepie automatach Panie wyrzuciły butelki do zwykłego kosza… Ale… pierwsze koty za płoty. Wierzę, że z czasem system będzie działał w przyszłości tylko lepiej!
Sejmowi nie udało się odrzucić prezydenckiego weta wobec ustawy łańcuchowej. Potrzebne było do tego 263 głosów, udało się zebrać jedynie 246. We wcześniejszym wrześniowym głosowaniu ustawę łańcuchową poparło 280 posłów, w tym 49 posłów PiS i Jarosław Kaczyński. Niestety, w środowym głosowaniu nikt z tej partii nie zagłosował za odrzuceniem weta, a Jarosław Kaczyński był nieobecny.
Co czeka nas dalej w tej sprawie? Prezydent przedstawił własny projekt ustawy, który ma trafić pod obrady Sejmu. Jego propozycja co prawda zakłada odejście od trzymania psów na łańcuchach, ale – co wzbudza krytykę – nie zawiera żadnych norm dotyczących minimalnych wymiarów kojców. Rządząca większość zapowiada prace nad kolejnymi wersjami projektu – z poprawkami i klarownymi wymogami dotyczącymi kojców.
Co ważne, ustawa łańcuchowa cieszy się wyraźnym poparciem społecznym. Z sondaży wynika, że większość Polaków popiera zakaz trzymania psów na uwięzi – i to nie tylko w dużych miastach, ale również na wsi.
“Pod obywatelskim projektem „Stop Łańcuchom” podpisało się ponad pół miliona osób. Dlatego nie poddajemy się. Tego głosu nie da się uciszyć. Odeślemy łańcuchy do historii ” – mówi Anna Zielińska, Prezeska Fundacji Viva! Akcja dla zwierząt.
Jeśli chodzi o pogodę i klimat, pamięć ludzka bywa bardzo zawodna. “Kiedyś to były zimy!” “Wigilia zawsze była biała i mroźna!” – słyszymy często od starszego pokolenia. Czy to prawda czy tylko zbiorowe omamy działające na tej samej zasadzie, co tęsknota za młodością, “bo wtedy wszystko było jakoś lepiej?”. A co z kolei z Marianną Schreiber, która w listopadzie wyśmiała globalne ocieplenie, bo “tyle w śniegu w listopadzie to ona nigdy nie widziała?” Na szczęście te wszystkie stwierdzenia można łatwo zweryfikować. Zerknijmy razem w bogaty zbiór danych pogodowych i dowiedzmy się czy naprawdę możemy liczyć na białe święta w naszym kraju!
Zacznijmy od najważniejszego, czyli białych świąt. Wymarzona wigilijna pogoda dla większości z nas to lekki mróz i śnieżna puchowa pierzyna otulająca krajobraz, tworząc niepowtarzalny świąteczny klimat. Teraz przełóżmy to na język klimatologów. Szukamy zatem informacji w których latach w dniu 24 grudnia występowała pokrywa śnieżna oraz temperatura maksymalna nie była wyższa niż 0 stopni. Oznacza to występowanie całodobowego mrozu – zima w pełni! Teraz powstaje problem miejsca pomiaru. Polska, choć nie jest dużym krajem, to jednak pewne różnice klimatyczne na jej terenie występują. W Szczecinie białych świąt będzie zapewne jak na lekarstwo, w Suwałkach czy Zakopanem zdecydowanie więcej. Dla kompromisu wybierzmy Łódź – leży bowiem w samym środku Polski, a jej średnia roczna temperatura jest zbliżona do średniej krajowej.
Co się okazuje? Otóż po 1950 roku taka idealna zimowa pogoda w Wigilię wystąpiła w Łodzi zaledwie 14 razy! W okresie 1951-2024 mieliśmy 74 Wigilie, a zatem mroźne białe święta wystąpiły w zaledwie 19% przypadków! Ostatnie takie święta odnotowaliśmy w 2002 roku. Wówczas było naprawdę mroźnie – temperatura w Wigilię w Łodzi nie przekroczyła minus 8 stopni, a na ziemi leżała 4-centymetrowa warstwa śniegu.
Wcześniej biała mroźna Wigilia wystąpiła w Łodzi w 1981,1986,1990,1992,1998 i 2001 roku. A co z wcześniejszymi latami? Lata 60-te i 70-te były w Polsce relatywnie zimne. Niestety, nawet w tamtym okresie biała i mroźna Wigilia była rzadkością. Pomiędzy 1971 a 1980 rokiem nie wystąpiła w Łodzi ani razu! Warto zwrócić uwagę, że mroźna śnieżna Wigilia nie wystąpiła w Łodzi (ani w większości kraju) podczas zimy stulecia czyli w 1978 roku. Jak część czytelników zapewne pamięta, tego roku grudzień był dość ciepły, a fala niespotykanych mrozów ogarnęła całą Polskę dopiero w sylwestrową noc.
Może jednak Łódź była nieszczęśliwym wyborem? Sprawdźmy na szybko wyniki dla innych miast. Okazuje się, że nawet na naszym biegunie zimna czyli w Suwałkach mroźna śnieżna Wigilia po 1950 roku wystąpiła jedynie 31 razy. W ciepłym Szczecinie takich przypadków było jedynie 8, w Warszawie 13. Najmniej w skali kraju śnieżnych mroźnych Wigilii było w Świnoujściu – jedynie 7.
Zakopane to oczywiście inna liga. Ale i tutaj nie ma 100% gwarancji białych Świąt. Święta bez śniegu w Zakopanem niemożliwe? Nie prawda. Tak było w 2014,2015… czy w 1957 roku.
No dobrze, ktoś powie, że nasze kryteria były zbyt wymagające. Przyjmijmy zatem, że wystarcza nam średnia dzienna temperatura poniżej zera, a nie całodobowy mróz. Oznacza to, że dopuszczamy, aby na przykład po mroźnej nocy w ciągu dnia temperatura była nieznacznie na plusie – z reguły i tak będzie oznaczało to ładny zimowy dzień. Cóż, takie poluzowanie warunków nie powoduje znacznej poprawy ilości białych świąt. W Łodzi uzyskamy wtedy tylko jedną dodatkową “białą Wigilię” – w 1954 roku, gdy średnia temperatura wyniosła -0,1 stopnia a maksymalna +0,8.
A może spójrzmy po prostu na całe święta? Ktoś powie, że często zima i mróz nie przychodzą w Wigilię, ale pojawiają się w pierwszy lub drugi dzień Świąt. Tak oczywiście może się zdarzyć. Było tak np. w 2021 roku, gdy 24 grudnia był jeszcze w znacznej części kraju odwilżowy, natomiast mróz napłynął dzień później. Niestety i to nie polepsza sprawy. Biorąc pod uwagę wszystkie dni świąteczne po 1950 roku, w Łodzi prawdziwie zimowe były jedynie 42 dni na 222 … czyli wciąż mniej niż jeden na pięć. Podobnie wygląda to w innych miastach. Skąd zatem bierze się przekonanie, że kiedyś święta zawsze były białe? Być może z jeszcze dawniejszych czasów, przed II Wojną Światową gdy klimat był jeszcze surowszy, a do Polski należały również Kresy Wschodnie – charakteryzujące się dużo bardziej chłodnym klimatem.
“Kiedyś to były zimy!”
Czy zatem ułudą jest też twierdzenie, że dawniej zimy były dłuższe i ostrzejsze niż teraz? Otóż odpowiedź brzmi – nie! Rzeczywiście przed chwilą wykazaliśmy, że biała i mroźna Wigilia w Polsce to w dużym stopniu zbiorowa halucynacja. Analizowaliśmy jednak jeden wybrany dzień. Gdy zaczniemy patrzeć w szerszym kontekście czyli na cały okres zimowy, wówczas widać ewidentnie jak bardzo szybko zimy w Polsce się ocieplają. Większość ludzi będzie tym razem zaskoczona w drugą stronę!
Chyba najlepszym miernikiem czasu trwania zimy jest długość zalegania pokrywy śnieżnej. To ona wskazuje nam zimową aurę, a nie na przykład średnia temperatura w miesiącach zimowych. Bywają przecież miesiące gdy mamy dużo odwilżowych dni z krótkimi mroźnymi epizodami, co obniża średnią temperaturę miesiąca. Nie mamy jednak wówczas do czynienia z “prawdziwą zimą”. Według danych IMGW średnia liczba dni z pokrywą śnieżną spadła w Polsce z około 64 w latach 1961-90 do zaledwie 39 dni w latach 2011-20. To spadek aż o 25 dni – tak jakby z zimy wypadł prawie cały miesiąc. Trend ten coraz bardziej przyspiesza. Co więcej, raport “Lost Winter” wskazuje, że Polska jest w skali świata w czołówce krajów, które tracą zimę – w wyżej wymienionym raporcie znajdujemy się globalnie na 4 miejscu. Warto dodać oczywiście, że zdaniem ponad 99% klimatologów, za skracanie się zim odpowiada emisja gazów cieplarnianych przez człowieka (a nie “naturalny cykl słoneczny”, ”globalny spisek”, “chemitrailsy”, albo inne tego typu łatwe do obalenia “teorie”).
Wróćmy do naszej Łodzi. Tu sytuacja z pokrywą śnieżną wygląda tragicznie. W drugiej połowie XX w. dni śnieżnych mieliśmy średnio rocznie ponad 60. W latach 2010-19 już tylko 40! W ostatnich pięciu latach śnieg utrzymywał się już tylko średnio przed 27 dni w skali roku, a w rekordowym 2020 roku odnotowano w Łodzi tylko jeden śnieżny dzień – 11 grudnia (zgodnie z porannym odczytem na stacji meteorologicznej Łódź-Lublinek).
Źródło: Analiza własna na podst. danych IMGW dla stacji Łódź Lublinek
Co nas czeka w przyszłości? Śnieg z Polski zupełnie nie zniknie, ale w kolejnych dekadach będziemy tracić kolejne śnieżne dni – według obecnego stanu wiedzy w tempie 5-10 dni na dekadę.
“Śnieg w listopadzie a planeta płonie!”
Na koniec wróćmy do przypadku “internetowej influencerki” Marianny Schreiber, która 23 listopada oznajmiła światu ironicznie, że “oto spadł śnieg, gdy planeta płonie”, dodając też, że „nie pamięta, kiedy jesienią był śnieg”. Na szczęście szybko została “wyjaśniona”. Okazuje się, że w ostatnich 10 latach pokrywa śnieżna w Polsce na nizinach wystąpiła w listopadzie aż w ośmiu przypadkach na dziesięć. Zaledwie parę dni później śnieg odnotowany przez celebrytkę zniknął i nad Polskę wkroczyło rekordowo ciepłe powietrze. Zarówno 9, 10 jak i 11 grudnia pobite zostały dzienne historyczne rekordy ciepła dla tych dni w Polsce od początku pomiarów! Oznacza to, że nigdy 9 grudnia w Polsce nie było tak ciepło! Co na to Marianna Schreiber? Piła wówczas sojowe latte na jarmarku świątecznym i jakoś tego faktu nie zauważyła.
Pomimo skracania się zim, występowanie pokrywy śnieżnej w Polsce pomiędzy listopadem a kwietniem jest i będzie wciąż czymś normalnym. Nawet pojedyncze śnieżne dni w październiku czy maju też mogą się wciąż zdarzać. Przekopanie się przez archiwa pozwala znaleźć nawet takie obrazki jak śnieg w Polsce w czerwcu! Padał on w Suwałkach i należącym do Polski Grodnie 2 czerwca 1928 roku.
Dla wszystkich miłośników śnieżnej zimy wychodzi z tego wszystkiego prosta lekcja – spieszmy się cieszyć prawdziwą zimą, tak szybko odchodzi!
Źródło: Światowid nr 25 (202), 1928, za portalem Nauka o klimacie
Szacowanie ile produktu potrzebujemy
Jedna łyżeczka to około 5g
Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua.
Jedna łyżka to około 15g
Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua.
Jedna szklanka to około 250g
Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua.