Odbiory osobiste w 5 miastach – Łódź, Warszawa, Kraków, Wrocław, Poznań!

Trwa COP30, czyli 30. Konferencja Stron Ramowej Konwencji Narodów Zjednoczonych w sprawie zmian klimatycznych, odbywająca się w brazylijskim mieście Belém — „bramie do Amazonii”. To szczególne miejsce — na skraju jednego z najważniejszych ekosystemów na Ziemi — symbolicznie podkreśla wagę i pilność globalnych działań na rzecz ochrony klimatu i bioróżnorodności.

NDC na COP30: nowe cele do 2035 r. i luka do wymaganych 60% redukcji emisji

Tematyka COP30 jest rozległa i niezwykle istotna. W centrum uwagi znajdują się przede wszystkim nowe narodowe plany działania klimatycznego (NDC), które muszą odzwierciedlać bardziej ambitne cele redukcji emisji gazów cieplarnianych. Wg ONZ obecne zobowiązania państw — mimo że ich liczba wzrosła w ostatnich latach — pozwolą na ograniczenie emisji o zaledwie 10 proc. do 2035 r. – podczas gdy potrzeba co najmniej 60 proc. Do sukcesu niezbędne są zatem realne i szybkie zmiany.

Opracowanie własne na podstawie danych ONZ

COP30 bez USA

Konferencja po raz pierwszy w historii odbywa się bez udziału Stanów Zjednoczonych. Brak największego emitenta znacząco komplikuje światowe negocjacje klimatyczne i stawia Unię Europejską w roli kluczowego, choć nie do końca gotowego lidera. UE zmaga się z wewnętrznymi podziałami i presją krajów opóźniających jej ambitne cele klimatyczne. Ta sytuacja dodatkowo utrudnia rozmowy z Chinami i innymi głównymi gospodarkami, które wykorzystują niepewność Europy.

TFFF: 125 mld dolarów na ochronę lasów tropikalnych i miejsc pracy

Brazylia, jako gospodarz szczytu, podkreśla wagę ochrony lasów tropikalnych oraz promuje inicjatywę Tropical Forest Forever Facility (TFFF), fundusz wart 125 mld dolarów, mający wspierać kraje i społeczności chroniące lasy deszczowe przed wycinką i degradacją. To ambicja łączenia walki z kryzysem klimatycznym z rozwojem społecznym i ochroną miejsc pracy, co jest kluczowe dla społecznej akceptacji transformacji.

Sprawiedliwość klimatyczna: głos rdzennych społeczności i protesty w Belém

Szczególne miejsce w rozmowach na COP30 zajmują kwestie sprawiedliwości klimatycznej. Przedstawiciele rdzennych społeczności oraz aktywiści licznie obecni na szczycie zwracają uwagę na potrzebę włączenia wszystkich grup społecznych w proces decyzyjny. Protesty, które zakłóciły przebieg konferencji, ukazały napięcia między działaniami politycznymi a realnym doświadczeniem osób dotkniętych zmianami klimatu, zwłaszcza w regionach Amazonii.

Foto: @alain.grao / COP30 Collaborative Coverage

Finansowanie transformacji: rolnictwo, odbudowa terenów i cyfrowa dekarbonizacja

Ponadto dyskutowane są mechanizmy finansowania transformacji klimatycznej. Chociaż na COP28 w Dubaju powołano Fundusz na rzecz Strat i Szkód, jego operacjonalizacja i zapewnienie środków pozostaje wyzwaniem. Przywódcy negocjują też kwestie związane z adaptacją rolnictwa, odbudową zdegradowanych terenów czy cyfrową transformacją wspomagającą ograniczenie emisji.

Co dalej?

Na COP30 testowana jest zdolność świata do przekucia deklaracji paryskich w konkretne działania. Przed delegatami jeszcze wiele trudnych decyzji, które zdecydują o naszej wspólnej przyszłości. Szczyt potrwa do 21 listopada, a jego wyniki będą miały implikacje nie tylko dla polityki międzynarodowej, ale i dla każdego z nas, przypominając, jak ważne są świadome wybory i działania na poziomie lokalnym.

Po niedawnym ogłoszeniu celów klimatycznych przez Chiny, wielu wieściło już, że prym zielonych przemian na świecie będzie teraz wiódł Pekin. Decyzja Ministrów Środowiska krajów Unii z tego tygodnia wyprowadza wątpiących z błędu – Unia dalej jest na kursie i ścieżce w kierunku neutralności klimatycznej. A Polska? Naciska na hamulec.

5 listopada Ministrowie Środowiska UE uzgodnili nowy ambitny cel redukcji emisji gazów cieplarnianych – mają one spaść do 2040 roku o 90 % w stosunku do poziomów z roku 1990. Za takim rozwiązaniem opowiedziało się 21 krajów. Przeciw była Polska, Czechy, Słowacja i Węgry, a Belgia i Bułgaria wstrzymały się od głosu. Nasz kraj argumentował, że w obecnych warunkach ograniczenie emisji o 90 % jest mało realne. Warto podkreślić, że cel ten jest ogólnounijny i nie jest przypisany do poszczególnych krajów. Udziały redukcji między państwami członkowskimi zostaną dopiero określone w kolejnych regulacjach, zależnie od od zamożności kraju, struktury gospodarki oraz możliwości technologicznych.

Tak głosowały kraje Unii w sprawie nowego celu klimatycznego (zielony – za; czerwony – przeciw; żółty – kraj wstrzymał się od głosu)

Nasze Ministerstwo odniosło jednak sukces negocjacyjny – na polski wniosek w tekstach unijnych zapisano mechanizm rewizji celów co 2 lata, albo wcześniej w przypadku kryzysu gospodarczego lub energetycznego. Ponadto Unijni Ministrowie zgodzili się na opóźnienie do 2028 r. wejścia w życie tak zwanego systemu ETS 2. Będzie on wprowadzał opłaty od emisji CO2 dla firm transportowych i budowlanych. Ma to docelowo doprowadzić do modernizacji tych branż i czystszego powietrza – jednak może spowodować wzrost cen, szczególnie w momencie uruchomienia systemu.

Co oznacza plan redukcji emisji aż o 90%?

Na pewno stworzenie nowoczesnej i wydajnej gospodarki oraz kontynentu z czystym powietrzem i świetnymi warunkami do życia. Wymaga to jednak ogromnych nakładów finansowych na transformację energetyczną – olbrzymie inwestycje w odnawialne źródła energii. Wymaga też potężnych programów wsparcia, by transformacja nie spowodowała po drodze fali drożyzny, bankructw firm, które stracą konkurencyjność na światowych rynkach, czy też fali bezrobocia. Nowy cel, jak to niestety z większością celów klimatycznych bywa, jest bardziej deklaracją polityczną niż konkretnym planem operacyjnym. Pokazuje wizję i ambicję Unii, ale mało w nim wiążących deklaracji. 

Cele klimatyczne największych gospodarek świata

Przyjrzyjmy się ośmiu największym obecnym emitentom CO2 na świecie. Jakie cele klimatyczne znajdują się w oficjalnych dokumentach tych Państw? Powiedzmy też sprawdzam – zobaczmy czy emisje CO2 w analizowanych krajach już się zmniejszają, czy ciągle rosną.

Aktualne cele klimatyczne i ich realizacja

* Źródło danych liczbowych: Our World in Data; dane w milionach ton ekwiwalentu CO2

Jak widać cele redukcji są ambitne, jednak realizacja pozostawia na razie wiele do życzenia. W przeciągu ostatnich 5 lat, spadek emisji odnotowała Unia Europejska, Japonia i USA. W pozostałych gospodarkach emisje CO2 ciągle rosną. Tymczasem za 5-10 lat według planu powinny spaść i to drastycznie. Jak będzie? Pożyjemy zobaczymy…

Źródło głównego zdjęcia wpisu: gov.pl

Sztuczna inteligencja rozwija się w błyskawicznym tempie, a wraz z nią rośnie zapotrzebowanie na energię. Modele językowe i systemy uczenia maszynowego, które miliony ludzi wykorzystują każdego dnia, potrzebują ogromnych ilości prądu. Czy dbając o ekologię powinniśmy korzystać z AI? 

Przeciętne zapytanie wprowadzone do Chatu GPT generuje 10-krotnie większe zużycie energii niż wyszukanie informacji w Google Modele językowe odpowiadają już za około 2-3% światowego zużycia energii – mniej więcej tyle ile zużywa rocznie Francja! Według Międzynarodowej Agencji Energetycznej do końca dekady udział ten może się podwoić albo potroić. 

Giganci technologiczni oferujący usługi AI są zmuszeni szukać nowych źródeł energii. Google i firma energetyczna NextEra ogłosiły właśnie plan ponownego uruchomienia zamkniętej w 2020 roku elektrowni jądrowej w stanie Iowa. Reaktor ma ponownie ruszyć w 2029 roku i zasilać serwery obsługujące sztuczną inteligencję Google’a. To pierwsze takie przedsięwzięcie na świecie — restart reaktora specjalnie dla potrzeb centrów danych.

W ślad za tym ruchem, Google po cichu… usunął ze swojej witryny poświęconej zrównoważonemu rozwojowi, zobowiązanie do osiągnięcia zerowej emisji netto dwutlenku węgla do 2030. Firma tłumaczy to „aktualizacją polityki komunikacyjnej”… Oczywiście. 

Eksperci ostrzegają, że boom na sztuczną inteligencję może znacząco opóźnić transformację energetyczną. Zamiast ograniczać zużycie energii, świat idzie w kierunku jego gwałtownego zwiększenia — a to oznacza więcej elektrowni, większą presję na sieci i większe ryzyko powrotu do paliw kopalnych.

Jeśli pozwolimy, by każdy wzrost mocy obliczeniowej usprawiedliwiał nowe bloki energetyczne, nawet bezemisyjne technologie nie zatrzymają kryzysu klimatycznego. Prawdziwie zrównoważony model nie polega na „dokarmianiu” sztucznej inteligencji coraz większą ilością energii, lecz na tym, by ograniczyć jej zużycie — zanim to AI zacznie dyktować tempo, w jakim spalamy planetę.

Ile energii zużywa AI?

Same odpowiedzi modeli językowych AI np. chata GPT — to, co widzi użytkownik — zużywają stosunkowo niewiele energii: szacunkowo kilka gigawatogodzin dziennie (ok. 7–8 GWh). To jednak tylko ułamek całego ekosystemu AI. Prawdziwe obciążenie energetyczne pochodzi z trenowania modeli, testowania ich, utrzymywania centrów danych i milionów zastosowań AI poza ChatGPT.

AI działa dziś w tle większości rzeczy, z których korzystamy: podpowiada trasy w mapach, poprawia zdjęcia w telefonie, filtruje spam, dobiera muzykę na Spotify, ustawia ostrość w aparacie, napędza wyszukiwarkę, tłumaczy napisy na Netfliksie, sprawdza płatności w banku i podsuwa oferty w sklepach internetowych — towarzyszy nam od porannego budzika aż po wieczorne oglądanie serialu. 

Międzynarodowa Agencja Energii szacuje, że cały sektor AI może już odpowiadać za około 2% światowego zużycia energii elektrycznej — czyli setki razy więcej niż to, co wynikałoby z samych zapytań użytkowników.

Niektórzy sugerują, że zużycie energii w przeliczeniu na pojedyncze zapytanie bedzie spadać w kolejnych latach. Z drugiej strony, liczba zapytań rośnie lawinowo. Co więcej, niektórzy wskazują, że centra danych będą coraz częściej zmuszone zużywać brudne źródła energii. Szybkie inwestycje rozbudowy centrów danych mogą wymagać budowania w ich sąsiedztwie lokalnych bloków energetycznych opalanych gazem czy węglem. 

Konkluzja – czy osoba “eko” może używać Chata GPT?

Moim zdaniem – tak! Nie dajmy się zwariować. Kluczowe jak zawsze jest robienie tego świadomie i racjonalnie. 

Świadomie – po przeczytaniu powyższego akapitu będziecie już wiedzieć jaki jest faktyczny ślad ekologiczny korzystania z czata. Posiadanie wiedzy to już sporo. Dzięki temu możecie odpowiednio dostosować częstotliwość korzystania z tego narzędzia. 

Do czego zatem używać Chata GPT a do czego nie?

  1. Masz do sprawdzenia konkretną informację? 

Pomyśl chwile czy znajdziesz odpowiedź w Wikipedii a nie w Czacie GPT. Jeśli skorzystasz z artykułu w Wikipedii – zużyjesz około 10-krotnie mniej prądu!

  1. Potrzebujesz wsparcia przy złożonym, wielowątkowym problemie? 

Nie wiesz jak się do czegoś zabrać? Potrzebujesz napisać kilka zdań wyjaśnień by uchwycić sedno problemu?  

Wtedy możesz użyć Czata GPT. Tak, Chat GPT wymaga energii, ale używamy jej przecież w każdym aspekcie życia. Warto po prostu korzystać z niej mądrze, wybierając sytuacje, w których model realnie skraca czas pracy i oszczędza Twój wysiłek.

Najlepiej pamiętać, że czat GPT to nasz wirtualny asystent, pomocnik, praktykant w biurze. Oddelegowujmy mu zadania, które przekazalibyśmy naszemu pomocnikowi. Nie przekazujemy natomiast pełnej odpowiedzialności! Nie zapominajmy o sprawdzaniu na koniec czy nie popełnił błędów – tak samo jako młody praktykant w firmie…) 

  1. Masz do zreadgowania tekst / pismo do urzędu itp.? 

Czat GPT to model językowy więc świetnie nadaje się do tworzenia pisanego tekstu. Jeśli i tak zamierzałeś szukać gotowych wzorów w Google’u, to praca z Chatem GPT może być szybsza i – paradoksalnie – czasem nawet mniej energochłonna, bo model w jednej odpowiedzi zrobi to, na co poświęciłbyś 20 minut przekopywania internetu.

  1. Nie pisz “dziękuję” po uzyskaniu odpowiedzi od Czata GPT.

Model językowy to nie człowiek. Nie obrazi się jak nie podziękujesz. Każda odpowiedź czata na Twoje dziękuję to dodatkowe 0,3 watogodziny zużytej energii. 

Ten komiks to (chyba xD) tylko żart. Nie dziękując chatowi GPT oszczędzisz energię. 

Więcej w temacie:

https://www.iea.org/reports/energy-and-ai/energy-demand-from-ai

Po wielu latach starań wreszcie doszło do przełomu. Od utworzenia pierwszego od 24 lat parku narodowego dzieli nas już tylko podpis Prezydenta. Park Narodowy Doliny Dolnej Odry – ma objąć bardzo cenne torfowiska, kanały, łąki i rozlewiska w dolinie Odry, nieopodal Szczecina.

Przez lata samorządy w regionie były stopniowo przekonywane do koncepcji parku narodowego. Trzy z nich (Szczecin oraz gminy Widuchowa oraz Kołbaskowo) — formalnie wyraziły zgodę na objęcie ich terenów nowym parkiem narodowym. Jednak nie gmina Gryfino. Tam władze stwierdziły, że przez park ucierpi przemysł i potencjał rozwoju gminy.

Ministerstwo Klimatu i Środowiska uznało, że sprzeciw jednej gminy nie może zablokować powstania parku narodowego. Zdecydowano się na kompromisowe rozwiązanie. Gmina Gryfino została wycięta z mapy parku – tam pozostanie, jak do tej pory, park krajobrazowy. Oczywiście w każdej chwili Gryfino może dołączyć do projektu. Efektem jest to, że projektowany park narodowy jest podzielony na dwie części z bijącą po oczach „dziurą” po środku.

Ostatnia szansa w Gryfinie – zaprzepaszczona 

22 października na ostatniej sesji Radni Miejscy Gryfina ponownie zagłosowali przeciwko utworzeniu parku narodowego na terenie ich gminy. Tak zagłosowało 13 radnych, 5 było za, a 2 wstrzymało się od głosu. Najwięcej emocji wzbudził jednak fakt, że przeciw przystąpieniu Gryfina do Parku Narodowego zagłosowali również radni Koalicji Obywatelskiej – Magdalena Chmura, Jerzy Piasecki oraz Aleksandra Misiuna-Gólcz. Ich decyzja oznacza, że stanęli oni ramię w ramię z radnymi skrajnej prawicy, którzy od początku blokowali ten projekt.

Ostatnie zmiany Senatu

W przebiegu procedury ustawodawczej ważną rolę odegrał Senat. Izba wyższa przyjęła poprawki do ustawy o powołaniu parku. Najistotniejszą zmianą było przywrócenie zapisu, który umożliwia prowadzenie w otulinie parku działań związanych z utrzymaniem śródlądowych dróg wodnych, inwestycji oraz urządzeń wodnych – w szczególności przez Państwowe Gospodarstwo Wodne Wody Polskie. Sejm poprawki Senatu przyjął. Oznacza to, że ustawa z poprawką senacką wróciła do podpisu Prezydenta.

Spekulacje PiS – żegluga i elektrownia. Czy są uzasadnione?

Politycy PiS od początku projektu wyrażali obawy, że utworzenie parku narodowego może spowodować ograniczenia żeglugi śródlądowej na Odrze – m.in. ze względu na przekonanie, że nowe formy ochrony przyrody mogą spowodować zakaz ruchu statków lub obostrzenia. Podnoszono też głosy że Park Narodowy może utrudniać działanie Elektrowni Dolna Odra.

PGE Elektrownia Dolna Odra. Źródło: Niezależna.pl

Według informacji z Ministerstwa Klimatu i Środowiska, park narodowy nie zmieni zasad użytkowania rzek w okolicy i żegluga nadal będzie możliwa — granice parku ani jego otuliny nie obejmują głównych ramion Odry (Odra Zachodnia i Regalica), które stanowią szlak żeglugowy. W kwestii elektrowni — choć PiS wskazuje na możliwe negatywne skutki („elektrownia ma być zamknięta”, „rozpoczyna się wygaszanie bloków węglowych”) – nie ma w ustawach dotyczących parku żadnego zapisu, który wpływałby na jej działalność. Elektrownia znajduje się kilka kilometrów poza parkiem, na prawym brzegu rzeki. Obawy PiS wydają się być bezzasadne.

Co dalej? Czy Prezydent Nawrocki zawetuje utworzenie nowego parku narodowego?

Teraz projekt ustawy o powołaniu parku wędruje do podpisu przez Karola Nawrockiego — prezydenta RP. Jakie są szanse, że podpisze albo zawetuje?

Na niekorzyść wskazuje fakt, że w głosowaniu w Sejmie cały klub PiS (tak samo jak Konfederacja) zagłosował przeciw ustawie. Poniżej wyniki głosowania.

Termin uruchomienia parku narodowego wyznaczono na 11 listopada br.

Droga morska z Chin do Europy przez Arktykę jest dwa razy krótsza niż przez kanał Sueski. Do tej pory była jednak niedostępna za sprawą pokrywy lodowej. Topniejąca Arktyka otwiera ten obszar dla międzynarodowej żeglugi, a także odsłania ogromne złoża ropy, gazu, złota i metali ziem rzadkich. Korporacje i rządy zacierają ręce! Ekolodzy drżą w panice. Jedno jest pewne – w Arktyce rusza właśnie geopolityczna wojna…

Arktyczny Jedwabny Szlak rusza

Zakończył się dziewiczy rejs kontenerowca “Instanbul Bridge” poprzez topniejącą Arktykę. Statek wyruszył z chińskiego portu Ningbo, a następnie pokonał trasę do Europy w 20 dni. Najpierw dopłynął do Wielkiej Brytanii, później do portów w Rotterdamie i Hamburgu. W ostatnią sobotę zawinął także do Gdańska. Armatorem była singapurska, lecz w pełni kontrolowana przez chiński kapitał spółka Sea Legend. 

Jest to prawdziwy rekord. Dla porównania tradycyjna trasa morska do Europy z Chin przez Suez zajmuje 40 dni, a transport kolejowy około 25 dni. 

Celem nie jest jednorazowy transport, lecz przetestowanie możliwości stworzenia regularnego połączenia przez Północną Drogę Morską, łączącą porty w Azji i Europie. Dodatkową zaletą jest ominięcie regionów zagrożonych piractwem i niestabilnych politycznie. Co ważne, statek nie potrzebował pomocy rosyjskich lodołamaczy i nie płynął w ich asyście. 

Dwadzieścia lat temu ta część świata była zamarznięta. Teraz topnienie lodu umożliwia dostęp do nowych szlaków handlowych i zasobów naturalnych – mówi Malte Humpert, starszy badacz i założyciel Arctic Institute. 

Armator Sea Legend Shipping stwierdził, że pilotażowy rejs jest sukcesem i zapowiedział, że już w przyszłym roku uruchomi regularne, sezonowe połączenie tą trasą. Rejsy będą się odbywać od maja do października. Wymyślono nawet nazwę – Arktyczny Jedwabny Szlak! Armator szykuje już w tym celu nową flotę kontenerowców dostosowanych do trudnych warunków żeglugi arktycznej. 

Eksperci podkreślają, że wiele kwestii pozostaje nierozwiązanych, w tym dostępność lodołamaczy, zmienność lodu. Żegluga na Morzu Arktycznym budzi kontrowersje związane z geopolityką i wpływem na środowisko. 

Jedni obwieścili sukces – nowa krótsza trasa pozwala przecież zaoszczędzić nawet 50% emisji CO2 przy transporcie z Chin do Europy! Inni z kolei są zaniepokojeni. Wątpliwości budzi bowiem wpływ żeglugi na wrażliwy ekosystem Arktyki. Ten spokojny do niedawna rejon, najprawdopowodniej za parę lat zamieni się w najbardziej zatłoczoną drogę morską na świecie! Arktyka wciągana jest w potężną geopolityczną wojnę. 

Trump ostrzy zęby na Grenlandię

Wszystkie mocarstwa widzą jak cennym kąskiem z punktu widzenia ich kapitalistycznych żądzy jest Grenlandia. Tradycyjnie, Prezydent USA Donald Trump nie przebiera w słowach. 

W marcu 2025 roku, podczas wizyty wiceprezydent USA J.D. Vance’a w Grenlandii, komentujący ją Trump nie wykluczył użycia siły aby zdobyć Grenlandię. „We’ll get Greenland. Yeah, 100 percent” – to jego słowa. Oczywiście, nie argumentował tego żądzą przejęcia złóż lecz chęcią “pomocy Grenlandczykom, którzy są źle traktowani przez Danię”. Oczywiście.

To nie jest nowy pomysł – już w pierwszej kadencji Trump rozważał kupno Grenlandii od Danii, co spotkało się z odrzuceniem zarówno w Kopenhadze, jak i na Grenlandii. Grenlandczycy stanowczo zaprzeczają, by kiedykolwiek zapraszali Amerykanów i postrzegają próby przejęcia wyspy jako atak na ich suwerenność.

Jakie zasoby skrywa Arktyka?

Według szacunków US Geological Survey, pod lodami i wodami arktycznymi może znajdować się nawet 13% światowych zasobów ropy naftowej30% gazu ziemnego jeszcze niewydobytego. Do tego dochodzą metale ziem rzadkich, niezbędne w produkcji baterii, turbin wiatrowych i elektroniki, a także złoto, platyna, nikiel, uran, cynkdiamenty

W miarę topnienia lodu dostęp do tych bogactw staje się coraz łatwiejszy — i coraz bardziej pożądany. Rosja rozbudowuje flotę arktycznych lodołamaczy i inwestuje miliardy w wydobycie na Półwyspie Jamalskim. Z kolei USA, Kanada i Norwegia walczą o kontrolę nad szelfami kontynentalnymi, które wkrótce mogą przynieść ogromne zyski. 

Tereny niebiesko-fioletowe to potencjalne złoża ropy i gazu
Źródło: Nordregio.

Jak szybko znika lód w Arktyce?

Jeszcze czterdzieści lat temu lód morski pokrywał latem obszar większy niż cała Europa. Dziś jego zasięg jest o około 40% mniejszy. Nie wiemy, kiedy czeka nas pierwsze „wolne od lodu” lato w Arktyce. Minimalne zasięgi lodu w ostatnich latach ustabilizowały się na poziomie ok. 4 milionów km2, choć dokładniejsza analiza np. grubości czy wieku pokrywy lodowej potwierdza, że to tylko chwilowe spowolnienie przed nadciągającym drastycznym spadkiem obszaru lądolodu Arktyki w następnych dziesięcioleciach. Oznacza to nie tylko nowe szlaki dla kontenerowców, lecz także dramatyczne zmiany klimatyczne – przyspieszenie ocieplenia, wymieranie gatunków i rozregulowanie globalnych prądów oceanicznych.

Ilość lodu w Arktyce polecam śledzić na stronie: https://nsidc.org/sea-ice-today/sea-ice-tools/charctic-interactive-sea-ice-graph

Źródło: opracowanie własne na podst. NSDIC

Topnienie lodu tworzy błędne koło: im mniej białej powierzchni odbijającej promienie słoneczne, tym szybciej ocean się nagrzewa. A to z kolei powoduje dalsze topnienie. Dlatego każdy kolejny statek, który rusza w Arktykę to swoisty paradoks – możemy się cieszyć, że transport z Chin do Europy jest teraz prostszy i generuje mniej CO2. Z drugiej strony pokazuje nam, że katastrofalne załamanie się globalnego ekosystemu może być coraz bliżej.

Polecam ten film, który obrazuje zmianę poziomu pokrywy lodowej na przestrzeni lat:

To już siódma próba uchwalenia w Polsce zakazu hodowli zwierząt na futra. Wszystkie poprzednie utykały na różnych etapach procesu legislacyjnego. Wszystko wskazuje, że teraz może być inaczej.

Do siedmiu razy sztuka…

Walka o zakończenie cierpień zwierząt futerkowych w Polsce trwa już od 2011 roku. Wtedy Koalicja dla Zwierząt zgłosiła obywatelski projekt nowelizacji ustawy o ochronie zwierząt, który podpisało aż 220 tysięcy Polaków! Poparcie dla inicjatywy zadeklarowały wówczas wszystkie główne partie. Projekt po pierwszym czytaniu w Sejmie został skierowany do prac w sejmowych komisjach… i tam utknął.

2017 roku posłowie PiS złożyli własny projekt zakazu hodowli zwierząt futerkowych (z wyjątkiem królika). Za projektem opowiadał się nawet Jarosław Kaczyński. Wkrótce jednak, pod presją lobby rolników, PiS zaczął z ustawy się wycofywać, zmieniać jej zapisy, aż w końcu zupełnie straciła impet i przestała być procedowana.

W 2020 roku było już najbliżej zmiany przepisów. Uchwała PiS zakładająca słynną „Piątkę dla zwierząt” została przyjęta przez Sejm poparciem 356 posłów. Senat wprowadził do niej poprawki. Jednak gdy projekt wrócił do Sejmu, PiS ponownie ugiął się pod presją lobbystów i umieścił go w tzw. sejmowej zamrażarce – marszałek sejmu nie skierował projektu pod głosowanie. Od tamtej pory kwestia futer była w zawieszeniu, mimo że debata publiczna nie cichła.

Dlaczego dotąd nie udało się wprowadzić zakazu?

Próby uchwalenia zakazu hodowli zwierząt futerkowych napotykały na wiele barier, zarówno politycznych, jak i praktycznych. Branża futrzarska od lat dysponuje wpływami i zdolnością do lobbingu — argumenty ekonomiczne, lokalne uzależnienie rolników od tej produkcji, opór w regionach o dużym udziale ferm, to wszystko stawiało realny opór dla inicjatyw zakazowych.

Kolejny uratowany lisek. Fot. Andrzej Skowron, Otwarte Klatki 

Dwa równoległe projekty

Obecnie na stole mamy aż dwa projekty zakazu hodowli zwierząt na futra. Pierwszy jest autorstwa Małgorzaty Tracz (KO). Ustawa została złożona w Sejmie w czerwcu, a podpis poparcia pod nią złożyło 120 parlamentarzystów i parlamentarzystek.

Projekt przewiduje między innymi: zakaz tworzenia nowych ferm od momentu wejścia ustawy, 5-letni okres przejściowy do wygaszenia hodowli oraz system odszkodowań (degresywnie: im szybciej hodowla będzie zakończona, tym wyższa rekompensata) oraz odprawy dla pracowników ferm. Sama Tracz określa swój projekt jako „sprawiedliwą umową społeczną między hodowcami, parlamentarzystami i społeczeństwem”. W wywiadach podkreśla, że dzięki tym elementom — zwłaszcza rekompensatom i rozsądnemu vacatio legis — projekt ma większe szanse na uzyskanie poparcia szerokiego grona posłów.

Według materiałów prasowych, projekt Tracz ma poparcie parlamentarzystów z KO, Lewicy, Polski 2050 i części PSL oraz – według samej posłanki – „niektórzy posłowie PiS również je popierają”.

Obok projektu Tracz w Sejmie złożono drugi projekt (autor: poseł Jarosław Sachajko oraz posłowie PiS, Konfederacji i Kukiz’15). Ten wariant przewiduje znacznie dłuższy — 15-letni — okres przejściowy (do roku 2039) i nie zakłada odszkodowań dla hodowców. Projekt ten jest przez część środowisk uważany za „iluzoryczny zakaz”. Zgodnie z nim bowiem aż do 2039 roku hodowla zwierząt futerkowych może trwać w najlepsze.

Najpierw poddany pod głosowanie będzie projekt Tracz — jako bardziej ambitny i bardziej atrakcyjny politycznie — a jeśli on nie przejdzie, wtedy może być dopuszczony do głosowania projekt alternatywny. Zwolennicy zakazu podkreślają, że większość społeczeństwa (ok. 70%) jest przeciwko hodowli futerkowej, co może wpływać na posłów obawiających się wizerunkowo głosowania.

Na szczęście branża i tak się kurczy

“Produkcja futer maleje. Nawet w Chinach, które są liderem w hodowli zwierząt na futra. W latach 2019-2022 zanotowano tam spadek produkcji o około 60 proc. Hoduje się rocznie 10 mln zwierząt, podczas gdy dekadę temu było to 60 milionów” – mówiła podczas wystąpienia w Komisji Sejmowej Marta Korzeniak ze Stowarzyszenia Otwarte Klatki.

Również w Polsce branża się zwija. Od 2015 roku liczba zabijanych zwierząt na futra spadła w Polsce o 80%. W naszym kraju działa obecnie około 300 ferm (w szczytowych latach było 800).

Nie chcemy tu epatować drastycznymi informacjami. Jeśli jednak chcesz dowiedzieć się więcej o zwierzętach futerkowych i jak bardzo cierpią, poczytaj tu:

www.otwarteklatki.pl

lub tu:

oko.press/poranione-lapy-stres-smierc-przez-zagazowanie-i-razenie-pradem-sejm-moze-zakonczyc-ere-cierpieni

Główne zdjęcie wpisu: Lisek uratowany z fermy w Durzynie w nowym domu w Jelonkach; 
Fot. Andrzej Skowron, Otwarte Klatki 

Opakowania kaucyjne widmo oraz firmy obchodzące system – tak wygląda na razie polski system kaucyjny w praktyce

System kaucyjny jest jak Yeti. Każdy o nim słyszał, ale nikt go nie widział. Teoretycznie ruszył 1 października. Od tego dnia mogą pojawiać się na sklepowych półkach opakowania wielorazowe ze znakiem kaucji. Mogą – ale według naszej wiedzy 1 października nie pojawiło się w skali kraju ani jedno takie opakowanie! Producenci korzystają bowiem z 3-miesięcznego okresu przejściowego podczas którego mają prawo wciąż wprowadzać do obrotu wielorazowe opakowania nieobjęte kaucją. Co prawda w wielu sklepach stoją automaty do zwrotu butelek czy puszek – ale nie ma co do nich wrzucać. Według szacunków ekspertów, pierwsze może pojawią się na koniec listopada, a system tak naprawdę zacznie działać za pół roku.

Jak obejść system – przykład nr 1

Jak widać producentom bardzo nie w smak jest podjęcie ekologicznych kroków i szybkie wdrożenie kaucji. Niektórzy posunęli się naprawdę daleko by do systemu nie dołączyć. Tak było w przypadku Ustronianki, która reklamowała z dumą swoją omijającą system butelkę PET o pojemności… 3,001 litra! Jak można się domyślić, system kaucyjny obowiązuje jedynie do pojemności 3 litrów. W kuriozalnym oświadczeniu, firma argumentowała, że “łączy w sobie odpowiedzialność wobec środowiska z elastycznym podejściem do potrzeb konsumentów, dając im realny wybór i większą dostępność produktów w różnych formatach” – gdyż planuje również wprowadzić na rynek butelki w wersji objętej kaucją.  W mojej ocenie o żadnej “odpowiedzialności wobec środowiska” nie mogło być w tym przypadku mowy, a całe oświadczenie było ewidentnym przykładem greenwashingu. Na Ustroniankę spadła fala hejtu, co spowodowało, że już 2 października sieć Kaufland wycofała butelki Ustronianki ze swojej oferty. „Naszym celem nigdy nie było i nie będzie obchodzenie systemu kaucyjnego. Pojawienie się tej oferty było błędem, a nie działaniem wynikającym z naszej strategii” – skomentował Kaufland. 

Źródło: materiały prasowe

Jak obejść system – przykład nr 2

Inną “strategię” obrała marka Oshee. Ta produkowała do tej pory plastikowe butelki PET ze smakowymi wodami i izotonikami dostępne np. w drogeriach Rossmann. Od 1 października pod logo Oshee pojawiły się identyczne napoje, ale opakowane w tzw. tetrapak. Ten rodzaj opakowania, który znamy np. z kartonów soków czy mleka, nie jest objęty systemem kaucyjnym. Należy też dodać, że jest dużo trudniejszy w recyklingu niż zwykłe butelki PET – a więc zdaniem wielu dużo mniej ekologiczny. Ale przecież nie o ekologię tu chodzi – a o omijanie przepisów. 

Źródło: oferta sklepu internetowego Rossmann

Poszukiwania znaczka kaucji – czy będziemy potrzebować lupy?

Trwają zatem obecnie poszukiwania pierwszego w Polsce opakowania objętego systemem. Jeśli ktoś takie znajdzie – prosimy o przesłanie do nas zdjęcia – odwdzięczymy się rabatem do naszego sklepu Na Gramy! 🙂 Okazuje się, że może nie być łatwo go znaleźć – znak kaucji będzie bowiem całkiem mały. Jego minimalne wymiary (a na takie zapewne zdecydują się producenci) będzie wynosił 1 cm x 0,8 cm. Poniżej załączamy to jak może ten znaczek wyglądać na etykiecie znanego czarnego gazowanego napoju. 

A jak wygląda ten znaczek w sąsiedniej Słowacji gdzie system kaucyjny działa świetnie od 2022 roku? Na butelkach znajduje się duży czytelny znak (“zalohovane”) – mniej więcej 2-3 razy większy niż polski. Można? Można! 

Źródło: Joanna Kądziołka, Polskie Stowarzyszenie Zero Waste

A Ty co sądzisz o kaucji? Widziałeś gdzieś kaucyjną butelkę? Czekamy na Wasze komentarze 🙂 

Smog to poważny problem, który prowadzi corocznie do przedwczesnej śmierci około 40 tysięcy osób w naszym kraju. Pomimo licznych publikacji prasowych, stan wiedzy o smogu wśród Polaków jest wciąż niezadowalający. Tak przynajmniej wynika z najnowszego raportu “Mapa postaw społecznych wobec zanieczyszczenia powietrza” opublikowanego przez Centrum Medyczne Kształcenia Podyplomowego (CMKP). Sprawdź razem z nami swoją wiedzę na temat smogu!

1. Czy dwutlenek węgla zanieczyszcza powietrze i szkodzi płucom?

NIE. Choć dwutlenek węgla w atmosferze powoduje efekt cieplarniany i napędza katastrofę klimatyczną, nie jest uznawany za składnik “smogu” (a tak twierdziło 71% respondentów w przeprowadzonym przez CMKP badaniu). Nie jest toksyczny dla ludzi i nie szkodzi płucom. Nawet przy ruchliwej drodze w centrum miasta jego stężenie w powietrzu podnosi się nieznacznie. CO2 stanowi za to poważny problem w małych pomieszczeniach o słabej wentylacji, takich jak sale lekcyjne – tam jego stężenie rośnie znacząco i może powodować bóle głowy i poważniejsze objawy. 

2. Z czego składa się smog?

Kluczowym komponentem smogu, zanieczyszczającym powietrze i szkodzącym płucom są natomiast pyły zawieszone (PM 2,5 i PM 10), sadza (produkt niepełnego spalania węgla i węglowodorów), a także tlenki azotu, metale ciężkie (ołów, arsen), dwutlenek siarki, ozon oraz lotne związki organiczne.

3. Główną przyczyną smogu jest przemysł, ruch samochodowy czy domowe piece?

Główną przyczyną smogu w Polsce nie są samochody ani przemysł, a przydomowe piece (tzw. niska emisja). Emitują one pyły zawieszone (PM 2,5 i PM10), sadzę i tlenek węgla. Tylko połowa dorosłych mieszkańców Polski wskazała domowe instalacje grzewcze (piece/kotły), jako istotne źródło zanieczyszczenia powietrza, a 72% badanych uznawało przemysł (kopalnie, zakłady przemysłowe, fabryki) za najbardziej istotne źródło zanieczyszczenia powietrza w Polsce. 

4. Jakie zagrożenia dla zdrowia powoduje smog?

Choć zdajemy sobie sprawę, że smog szkodzi płucom i powoduje nowotwory, rzadko pamiętamy o jego wpływie na układ krążenia, (a specyfika polskiego smogu jest wyjątkowo szkodliwa dla serca) czy kłopoty z płodnością. Tylko 7 proc. ankietowanych wie, że smog może prowadzić do cukrzycy.

Źródło: Raport CKMP

5. Co robić przy różnych poziomach PM2,5 i PM10 w powietrzu?

Z badania CKMP wynika, że niewiele robimy w sprawie smogu. Jedynie 29 proc. badanych sprawdza, jaka jest bieżąca jakość powietrza na zewnątrz. Gdy przekroczone są normy, jedynie 44 proc. ludzi zamyka okna, a 37 proc unika wychodzenia z budynków. Oczyszczacze powietrza stosuje 19 proc., 10 proc. jest skłonnych używać maski ochronne. Sprawdzanie jakości powietrza jest bardzo ważne. Jeśli nie do końca wiesz co robić przy różnym stanie powietrza, pomoże Ci w tym poniższa tabela. Klasyfikacja jakości powietrza opiera się z reguły na poziomie pyłów PM2,5 i PM10 – i to one są z reguły podawane we wszystkich komunikatach i aplikacjach.

Źródło: opracowanie własne na bazie norm WHO i GIOŚ

Polacy nie są gotowi na ostrzejszą walkę ze smogiem

Pomimo świadomości, że smog jest bardzo szkodliwy, nie ma dużego poparcia społecznego do poważnych ingerencji państwa w gospodarkę i organizację naszych miast, które mogłyby istotnie poprawić nasze powietrze. Niewiele ponad połowa respondentów jest za nakładaniem podatków na firmy zanieczyszczające środowisko. Podobny odsetek poparłby wprowadzenie prawnego obowiązku wymiany starych pieców na bardziej ekologiczne. Z kolei limitowanie ruchu samochodowego w centrach miast popiera jedynie 27% osób, a 23% opowiada się za zamykaniem kopalń. Nie jesteśmy też gotowi na zakaz produkcji aut spalinowych – takie rozwiązanie poparłoby jedynie 10% Polaków.

Źródło: Raport CKMP

Przez samo serce Bieszczad przebiega droga wojewódzka nr 896 i 897 – czyli tzw. Wielka Pętla Bieszczadzka. Droga ta zaczyna się w okolicach Leska, skąd prowadzi przez Baligród, Cisną, Wetlinę, Ustrzyki Górne, a następnie przez Ustrzyki Dolne wraca do Leska zamykając pętlę. Między Wetliną a Ustrzykami Górnymi przecina bardzo malownicze i cenne przyrodniczo tereny Bieszczadzkiego Parku Narodowego oraz obszaru Natura 2000. Przed planowaną gruntowną rozbudową drogi protestują mieszkańcy i organizacje przyrodnicze

Z dokumentacji środowiskowej wynika, że tylko na odcinku Wetlina – Ustrzyki Górne rozbudowa doprowadzi do:

Wszystko po to aby poszerzyć drogę, na której nawet w szczytowym sezonie letnim, natężenie ruchu jest relatywnie niskie.

Źródło: OTOP

Czego domagają się protestujący?

Zdania podzielone – wójtowie za rozbudową

Nie wszyscy protestują przed planowaną rozbudową. Niektórzy czekają na nią z utęsknieniem. Co o planach mówi wójt gminy Lutowiska? 

“Możemy stracić coś, na co czekaliśmy ponad 30 lat. Decyzja o modernizacji tej drogi jest jedyną i słuszną. To okazja, która ma na celu poprawę bezpieczeństwa nas – mieszkańców okolicznych miejscowości – oraz wszystkich turystów, którzy nas odwiedzają. Obecny stan tej drogi jest w opłakanym stanie. Stanowi duże zagrożenie dla ruchu drogowego oraz pieszego. (…) Nie może matka z dzieckiem wyjść w niedzielę na drogę w żadnej z miejscowości przyległych, bo nie dysponujemy tutaj żadnymi chodnikami.” – komentuje wójt gminy Lutowiska, Janusz Krupa. 

Jak pogodzić przyrodę z bezpieczeństwem?

Faktem jest, że w okresie letnim z drogi korzystają poza samochodami również rowerzyści i bardzo liczni piesi udający się na górskie szlaki. Nie znaleźliśmy jednak informacji o potrąceniach pieszych na odcinku Wetlina – Ustrzyki Górne. Oczywiście, odrębny chodnik i ścieżka rowerowa byłby wygodniejszym i bezpieczniejszym rozwiązaniem. Ale jak pogodzić potrzeby ludzi i przyrody?

Przyrodnicy i mieszkańcy nie sprzeciwiają się remontowi drogi ani poprawie bezpieczeństwa – wskazują jedynie na skalę i formę rozbudowy, która w obecnym projekcie prowadzi do nieodwracalnej degradacji przyrody i krajobrazu.

Planowane jest bowiem poszerzenie pasa drogowego o kilkanaście metrów na całym odcinku drogi liczącym kilkadziesiąt kilometrów. Przykładowo – w rejonie Przełęczy Wyżniańskiej (z dala od miejscowości) planowane jest dodanie pasów do skrętu dla samochodów i poszerzenie asfaltu trzykrotnie! 

Rozwiązaniem kompromisowym byłoby stworzenie chodników i ścieżki rowerowej jedynie w obrębie miejscowości – tam gdzie odbywa się wzmożony ruch pieszy. Na kluczowych odcinkach leśnych, z bardzo niewielkim ruchem pieszym, mogłaby zostać tylko wyremontowana nawierzchnia i utwardzone pobocze. 

Protestujący zwracają również uwagę na nieuwzględnienie w projekcie rozbudowy wcześniejszych opinii ekspertów i Dyrekcji Bieszczadzkiego Parku Narodowego.

Zachęcamy do rozważenia podpisania petycji na stronie otop.org.pl

Tempo zielonej transformacji w Chinach zaskakuje wszystkich ekspertów. W ciągu trzech lat kraj ten podwoił produkcję energii z wiatru i słońca, a w ciągu ostatniego roku zainstalował dwukrotnie więcej nowych mocy fotowoltaicznych niż posiada łącznie USA! Efekt? W ciągu pierwszych sześciu miesięcy 2024 roku emisje dwutlenku węgla w Chinach spadły o 2,7 proc. rok do roku, podczas gdy w Stanach Zjednoczonych wzrosły o 4,2 proc, a w Unii Europejskiej o 4,6 proc! To sygnał, że kraj, który był kojarzony z węglem i smogiem staje się globalnym liderem czystych źródeł energii. Ale jak głębokie są te zmiany? Czy naprawdę można powiedzieć, że Chiny stały się ekologicznym gigantem, czy raczej — że próbują budować zieloną twarz przy jednoczesnym utrzymaniu starych fundamentów?

Punkt krytyczny czy złudzenie?

Eksperci podkreślają, że tempo zmian w chińskim sektorze energetycznym jest bezprecedensowe. Dane Ember pokazują, że kraj mógł przekroczyć punkt krytyczny odejścia od węgla. Oznaczałoby to, że udział tego surowca w krajowym miksie energetycznym będzie już tylko spadać — nie tyle dzięki decyzjom politycznym, ile z powodu twardej ekonomii.

Dzięki postępowi technologicznemu i efektowi skali produkcja energii z nowych instalacji fotowoltaicznych czy wiatrowych jest zdecydowanie tańsza niż z elektrowni węglowych. Międzynarodowa Agencja Energii Odnawialnej (IRENA) szacuje, że średni koszt wytwarzania energii z fotowoltaiki spadł o ponad 80 proc. w ciągu ostatniej dekady. W Chinach, gdzie produkcja paneli jest najtańsza na świecie, różnica ta jest jeszcze bardziej wyraźna. Dla inwestorów i rządu rachunek jest prosty: budowanie kolejnych bloków węglowych przestaje się opłacać.

Zielona energia jako broń geopolityczna

Naiwne byłoby patrzenie na chińską transformację wyłącznie w kategoriach ekonomicznych czy środowiskowych. Energetyka to przecież potężny biznes i narzędzie geopolityczne.

Chiny, w przeciwieństwie do Rosji, USA czy nawet Unii Europejskiej, mają bardzo skromne własne zasoby ropy naftowej i gazu ziemnego. Od dekad są znacznym importerem surowców energetycznych, co czyni je podatnymi na wahania cen i napięcia polityczne. Rozwój fotowoltaiki i energetyki wiatrowej to więc nie tylko „zielona polityka” — to także strategia uniezależnienia się od dostawców ropy i gazu.

Dominacja Chin w produkcji paneli fotowoltaicznych stała się również narzędziem politycznym. Dziś ponad 80 proc. globalnej ich produkcji pochodzi z Państwa Środka. Europa i USA w praktyce stały się uzależnione od chińskich komponentów. Dla Pekinu to źródło intratnych zysków i miękkiej siły — technologia staje się narzędziem wpływu, porównywalnym do tego, jakim jest gaz w rękach Rosji.

Węgiel w odwrocie – ale nie całkowicie

Choć statystyki OZE imponują, Chiny wciąż są węglowym gigantem i pozostaną nim przez jakiś czas. W 2024 roku wydobyły i zużyły go więcej niż jakikolwiek inny kraj i odpowiadają za ok. 58 proc. globalnej konsumpcji tego surowca. Inwestycje w sektor węglowy nie spadły do zera – wciąż w Chinach zatwierdzana jest budowa nowych bloków węglowych.

Produkcja węgla 2024, Źródło: opracowanie własne na podst. Visual Capitalist

Cień zielonej transformacji: metale ziem rzadkich

Transformacja OZE niesie także własne, często ignorowane koszty. Najważniejszym z nich jest kwestia metali ziem rzadkich. Chiny są największym producentem tych surowców na świecie. To one dostarczają lwią część globalnych zasobów wykorzystywanych do budowy turbin wiatrowych, baterii, elektroniki czy katalizatorów. Problem w tym, że wydobycie i przetwarzanie metali ziem rzadkich wiąże się z dramatycznymi skutkami środowiskowymi: kwaśne ścieki, toksyczne metale ciężkie, skażenie wód i gleb, degradacja ekosystemów, a nawet emisje radioaktywne. Najbardziej znanym przykładem jest region Baotou w Mongolii Wewnętrznej. To tam powstało gigantyczne składowisko odpadów po rafinacji metali ziem rzadkich — słynna „Baogang Tailings Dam”. Chiński sektor wydobycia metali ziem rzadkich jest niejednorodny. Z jednej strony mamy wielkie przedsiębiorstwa państwowe, które podlegają regulacjom i kontrolom środowiskowym. Z drugiej — tysiące mniejszych, często nielegalnych kopalni, działających bez zezwoleń. Jak dotąd nie widać przesadnie szybkich działań Chin mających na celu zajęcie się tym problemem.

Zdjęcie satelitarne największego kompleksu wydobycia metali ziem rzadkich w Chinach – Bayan Obo w prowincji Batou.

Podwójna twarz chińskiej zielonej rewolucji

Chiny niewątpliwie zmieniają światową energetykę. Ciągną swoją gospodarkę w zupełnie odwrotnym kierunku niż administracja lekceważącego kryzys klimatyczny Donalda Trumpa. Dzięki Chinom koszty paneli fotowoltaicznych i turbin spadły na tyle, że OZE stały się konkurencyjne niemal wszędzie. Bez chińskiej skali i produkcji wiele krajów nie byłoby dziś w stanie realizować własnych programów transformacji.

Jednocześnie jednak za zieloną fasadą kryje się mroczne zaplecze: smog wciąż dusi chińskie miasta, kopalnie węgla działają na pełnych obrotach, a całe regiony cierpią z powodu degradacji środowiska. Dlatego mówiąc o Chinach, nie można ulec ani przesadnemu zachwytowi, ani prostemu potępieniu. To kraj o wciąż podwójnej twarzy: zielony gigant technologiczny i jednocześnie największy truciciel świata. Cieszmy się jednak z tego, że za sprawą chińskiego efektu skali, globalny rozwój OZE jest już nie do zatrzymania.

Szacowanie ile produktu potrzebujemy

Jedna łyżeczka to około 5g

Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua.

Jedna łyżka to około 15g

Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua.

Jedna szklanka to około 250g

Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua.