Odbiory osobiste w 5 miastach – Łódź, Warszawa, Kraków, Wrocław, Poznań!

System kaucyjny w Polsce wreszcie rusza – od 1 października. Pomimo że był zapowiadany od dawna, wiele szczegółów jego działania wciąż budzi wątpliwości. Czy wiesz wszystko o tym jak będzie działał nowy system? Odpowiadamy na najczęstsze pytania – od najprostszych do najtrudniejszych!

1. Jakie produkty objęte będą kaucją od 1 października?

Wszystkie produkty objęte systemem muszą mieć na opakowaniu następujące oznaczenia:

2. Jakie opakowania pozostaną poza systemem?

3. Czy będzie potrzebny paragon, by odzyskać kaucję?

Zwrot kaucji odbywa się bez okazywania paragonu — wystarczy oddać opakowanie oznaczone symbolem w automacie lub w kasie w sklepie działającym w systemie.

4. Które sklepy biorą udział w systemie?

5. Jak rozpoznać, czy mniejszy sklep uczestniczy w systemie kaucyjnym?

Szukaj w sklepie automatu do oddawania opakowań albo informacji o zbiórce ręcznej przy kasie. Sklep może wskazywać na witrynie lub przy wejściu, że akceptuje opakowania kaucyjne.

6. Czy zwrot opakowań będzie tylko w automatach w sklepach? 

7. Czy mogę oddawać zgniecione puszki i butelki?

Opakowania muszą zachować formę, mieć czytelną etykietę z symbolem — tylko wtedy można je zwrócić. Dzięki temu, że opakowania są niezgniecione możliwe jest zeskanowanie kodu kreskowego przez automat. 

8. Czy cena widoczna na półce będzie z kaucją czy bez?

Cena na półce to cena napoju bez kaucji — kaucja (0,50 zł za PET/puszki, 1 zł za szklane) jest doliczana przy kasie i widoczna osobno na paragonie. 

9. Czy wszystkie puszki po 1 października będą objęte kaucją?

Przez kilka miesięcy będą w obiegu również puszki i butelki bez logo kaucji — to produkty wcześniej wprowadzone do sprzedaży. Są legalne do sprzedaży do ich wyczerpania. Mogą leżeć na półce obok siebie! Jak rozpoznać puszki z kaucją? Szukaj symbolu systemu (logo kaucji) nadrukowanego na opakowaniu — tylko te, posiadające taki znaczek są objęte systemem. 

10. Mam dużo butelek i puszek kupionych przed 1 października. Czy mogę odzyskać za nie kaucję?

Opakowania bez symbolu kaucji nie będą uprawniać do zwrotu w ramach systemu kaucyjnego.  Można je oddać jedynie na starych zasadach jeżeli były to opakowania kaucyjne (z paragonem, do sklepu gdzie były kupione)  lub do segregacji jako odpady.

11. Czy wszystkie butelki na piwo po 1 stycznia 2026 roku będą objęte kaucją?

Choć po 1 stycznia 2026 roku kaucja obejmie też opakowania szklane, jednak będzie to dotyczyć jedynie opakowań “wielorazowych”. Czy szkło jest jedno czy wielorazowe wynika w zasadzie jedynie z deklaracji producenta… Jeżeli browar uzna, że jego szkło jest “jednorazowe”, wówczas wciąż może oferować piwo w butelkach bezzwrotnych. 

Ekosystem naszej planety bazuje na owadach zapylających.  Ich wyginięcie spowodowałoby kryzys w rolnictwie na niewyobrażalną skalę. Ostatnie lata nie są łatwe dla pszczół – zmagają się z wysokimi stratami sezonowymi spowodowanymi m.in. warrozą, ubożeniem bazy pokarmowej, pestycydami i ekstremami pogodowymi. Odkrycie nowej “superkarmy” daje jednak nadzieję na polepszenie ich losu.

Pszczoły na suplementach – nadchodzi super-karma

Naturalnym pokarmem pszczół jest pyłek kwiatowy. Dostarcza on im nie tylko białek i węglowodanów, ale także steroli – składników odżywczych, których nie są one w stanie same wytworzyć (w przeciwieństwie np. do ludzi). Dotychczasowe substytuty pyłku, choć zapewniały pszczołom białka, w ogóle pomijały kwestie steroli, co skutkowało m.in. fatalnym osłabieniem ich systemu odpornościowego.

Ostatnio pojawiło się wyjątkowo optymistyczne odkrycie: naukowcy stworzyli tzw. „superżywność” dla pszczół – odżywkę wzbogaconą o sterole produkowane przez genetycznie modyfikowane drożdże. Nowy suplement dostarcza sześciu głównych steroli.  W rezultacie, w koloniach otrzymujących taką dietę zaobserwowano aż 15-krotny wzrost liczby osobników osiągających dorosłość. Szacuje się, że rozwiązanie może trafić w ręce pszczelarzy już w ciągu najbliższych dwóch lat, po dalszych testach i wdrożeniu na szerszą skalę. To olbrzymia nadzieja na problem słabnącej bazy pokarmowej dla pszczół.

Pestycydy w miodach – wyniki badań

Niestety innym problemem jest wpływ zanieczyszczenia środowiska na jakość miodu. W kwietniu tego roku Greenpeace przeprowadził badanie, które wykazało obecność pestycydów w aż 65% badanych próbek miodu. W co piątej próbce badacze znaleźli tiachlopryd, którego używanie jest zakazane od lutego 2021 roku. Z kolei w 10 próbkach przekroczony był poziom dopuszczalnej zawartości substancji toksycznej.

Zastanawiacie się jaki typ miodu jest najbezpieczniejszy? Z Wielkiego Testu Miodu wynika, że będzie to miód gryczany. Najmniej bezpieczny jest miód rzepakowy.

“Pamiętajmy, że ciało pszczoły działa jak naturalny filtr, który zatrzymuje metale ciężkie i wiele substancji toksycznych. Jeżeli mimo to znajdujemy takie substancje w miodzie, oznacza to, że stan środowiska musi już być alarmujący – komentuje Krzysztof Cibor, szef zespołu kampanii Greenpeace.   

„Adoptuj Pszczołę” – społeczna mobilizacja w obronie zapylaczy

Wielki Test Miodu był elementem długofalowej kampanii Adoptuj Pszczołę prowadzonej przez Greenpeace. Jest to prowadzona od 2013 roku akcja społeczna, dzięki której tysiące osób angażują się w pomaganie pszczołom. Dzięki wirtualnym „adopcjom” na stronie adoptujpszczole.pl każdy ma szansę wesprzeć akcję. Uczestnicy dokonują wpłaty darowizny, od 2 zł za jedną pszczołę 🙂 Dzięki zgromadzonym środkom przez lata udało się już wiele zdziałać: stworzono między innymi sto hoteli dla owadów zapylających w 16 miastach w Polsce czy przeprowadzono Wielki Spis Zapylaczy. Wielkim sukcesem było też działanie interwencyjne polegające na odbudowie pszczelej populacji w Przyczynie Dolnej, gdzie w jedną noc zginęło kilka milionów pszczół.

Niezbędne dalsze kroki – stworzenie narodowej strategii

Ukoronowaniem akcji Adoptuj Pszczołę byłoby stworzenie Narodowej Strategii Ochrony Owadów Zapylających. Nad wprowadzeniem takiej prawnej formy ochrony zapylaczy od wielu lat pracują działacze społeczni we współpracy z Ministerstwem Rolnictwa oraz Klimatu i Środowiska. Projekt takiego dokumentu powstał wraz z naukowcami i ekspertami już kilka lat temu. Niestety prace nad jego wejściem w życie wciąż trwają. Ostatnie spotkanie robocze w tej sprawie odbyło się w lipcu 2025 roku w Karkonoszach.

Rozszerzona odpowiedzialność producenta (ROP) – to nowe przepisy, do których wprowadzenia szykuje się nasz kraj. Ich celem jest to, aby producenci ponosili koszty wprowadzania opakowań na rynek. 

Źródło: gov.pl

Jak będzie działać nowy system?

Każdy producent wprowadzający na rynek opakowanie będzie płacił kilkugroszową opłatę do Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej (NFOŚiGW). Ten z kolei zgromadzone środki rozdysponuje pomiędzy samorządy, przedsiębiorstwa odbierające odpady i zajmujące się recyklingiem. Finalnie w całym kraju powinno doprowadzić to do obniżenia stawek za wywóz śmieci.  Producenci z kolei będą mieli bodziec do ograniczania nadmiernego zużycia opakowań. Tym samym staną się niejako “odpowiedzialni finansowo” za wytworzone przez siebie opakowania. Wprowadzona zostanie zatem (wreszcie) następująca logika – to producent zanieczyszcza środowisko, a nie konsument i to on powinien za to płacić!  System ma skłaniać producentów do przestawienia się na bardziej ekologiczne i łatwiejsze do recyklingu opakowania, za które będą pobierane niższe opłaty. 

“Chodzi o to, że to producenci muszą ponosić odpowiedzialność za swój produkt w całym cyklu życia produktu, czyli nie tylko do momentu sprzedaży, tak jak jest to generalnie obecnie, ale aż do unieszkodliwienia odpadu, który powstał z tego produktu” –  powiedziała podczas konferencji wiceministra klimatu i środowiska Anita Sowińska.

Podobna opłata, tzw. opłata produktowa, obowiązuje już obecnie – natomiast dotyczy jedynie przedsiębiorców, którzy nie wypełnią wymaganego poziomu recyklingu opakowań. W praktyce stanowi więc rodzaj sankcji za niewywiązanie się z obowiązków odzysku i recyklingu, a jej wysokość zależy od rodzaju materiału opakowaniowego. Nowy system ROP rozszerzy ten mechanizm, wprowadzając obowiązkową opłatę opakowaniową od każdego kilograma wprowadzonego na rynek opakowania, niezależnie od poziomu recyklingu.

System będzie wdrażany etapami — początkowo od 2026 r. producent zapłaci jedynie do pół grosza więcej za opakowanie, natomiast od 2028 r. koszt wzrośnie do kilku groszy. 

Ile dokładnie wynosić będzie opłata opakowaniowa?

Opłata opakowaniowa będzie ponoszona przez przedsiębiorców za każdy kilogram opakowania wprowadzony do obrotu. Jej wysokość będzie różna w zależności od materiału. 

W pierwszym roku działania ustawy (2026) opłata wyniesie 8% docelowej stawki, w 2027 r. będzie to 20%. Od 2028 roku będzie obowiązywać pełna stawka. Zgodnie z szacunkami wpływy z opłaty opakowaniowej w 2028 r. mają wynieść ponad 5 mld zł.

Co na to producenci? Ekologia im nie w smak

Proponowane rozwiązania spotkały się z krytyką organizacji biznesowych, przede wszystkim Konfederacji Lewiatan. Jej zdaniem centralny model oparty na jednej państwowej instytucji (NFOŚiGW) jako operatorze może ograniczyć konkurencję, być nieefektywny i doprowadzić do wzrostu cen dla konsumentów. 

Kiedy ROP zacznie obowiązywać?

System ROP to obiecujące podejście do redefinicji odpowiedzialności za odpady opakowaniowe — przenosi ciężar na producentów i sprzyja ekodesignowi. W Na Gramy mamy nadzieję, że politycy nie ugną się pod presją biznesu, patrzącego tylko na swoje zyski. Ostateczny kształt ustawy i systemu zdecyduje o tym, czy rzeczywiście przyniesie korzyści środowisku. Na razie projekt ustawy został ogłoszony i trafił do konsultacji publicznych i międzyresortowych. Głosowanie nad ustawą odbędzie się prawdopodobnie na koniec roku. 

Od 3 lat ONZ negocjuje podpisanie globalnego traktatu ds. ograniczenia plastiku. Zgodnie z szumnymi zapowiedziami, konferencja w Genewie od 3 do 14 sierpnia miała być finałową rundą negocjacji i doprowadzić do podpisania globalnego traktatu. Niestety, odważne rozwiązania blokuje przemysł naftowy i petrochemiczny.

Limity produkcji czy innowacyjne rozwiązania

Kluczowy spór dotyczy tego, czy w projektowanym traktacie mają znaleźć się limity produkcji plastiku dla poszczególnych krajów, czy może ma on jedynie skupiać się na rozwiązaniach z zakresu projektowania opakowań i ich recyklingu. Kraje zależne od przemysłu petrochemicznego — m.in. Arabia Saudyjska, Rosja, Iran, a także USA — opowiadają się oczywiście za niewprowadzaniem jakichkolwiek limitów. Z kolei koalicja ambitnych krajów, do których należy Unia Europejska, Kolumbia, Chile, Panama, Kraje Afryki i Pacyfiku są za wprowadzeniem limitów produkcji oraz ograniczeniem toksycznych substancji używanych w tworzywach sztucznych. Ich zdaniem recykling plastiku jest ważny ale liczby pokazują, że kluczowe jest ograniczenie produkcji – która wciąż rośnie w rekordowym tempie. W 1950 roku produkowaliśmy 2 miliony ton plastiku rocznie. Obecnie jest to 400 milionów ton, a w 2050 roku możemy przekroczyć miliard!

Projektowany tekst traktatu, bez jakichkolwiek celów ograniczenia produkcji, ambitne kraje określiły „całkowicie nie do przyjęcia”. Mocniejszy w słowach Greenpeace opisał go jako „dar dla przemysłu petrochemicznego i zdradę ludzkości”. Do debaty włączył się nawet Dalajlama, który zaapelował do zwiększenia wysiłków w negocjacjach. “Plastik, choć przyniósł wiele korzyści to jednak jego nadmierna produkcja szkodzi ludziom i zwierzętom prowadząc do chorób i śmierci, pogłębia również kryzys klimatyczny” – powiedział duchowy przywódca Tybetańczyków.

Zdrowie ludzkie zagrożone – eksperci biją na alarm

Wszyscy wiemy, że wszechobecny w środowisku plastik jest bardzo szkodliwy dla ludzi i zwierząt. Niestety, jest go z każdym rokiem coraz więcej. Nowe raporty potwierdzają też jego szkodliwość dla zdrowia. Jeden z ostatnich szacunków określił koszty zdrowotne związane z zanieczyszczeniem plastikiem na 1,5 biliona dolarów rocznie. Inne badanie wykazało że toksyczny związek DEHP zawarty w plastiku spowodował w 2018 roku śmierć 256 000 ludzi.

Recykling plastiku? To nie działa…

Według raportu oblikowanego w piśmie “Lancet” globalna produkcja plastiku wzrosła ponad 200-krotnie w ciągu ostatnich 70 lat, a w 2050 roku ma się niemal potroić. Oznacza to, że przekroczymy miliard ton rocznie. Recykling plastiku nie jest rozwiązaniem – obecnie dotyczy on jedynie 9% wyprodukowanego globalnie plastiku i pomimo szeregu akcji marketingowych czy rozwiązań technicznych pozostaje na niezadowalającym poziomie. Cała reszta plastiku kończy swój żywot na wysypiskach śmieci lub w naszych lasach, na polach czy w oceanach.

Jesteśmy dopiero przed projektowanym ogromnym wzrostem zużycia plastiku!
Źródło: Health Policy Watch

Co teraz?

Negocjacje miały zakończyć się 14 sierpnia 2025 r., lecz dobrnęły do ściany. Brakuje konsensusu, a projekt traktatu traci zdolność mobilizowania globalnej współpracy. Powstaje pytanie, czy uda się przetrwać tę historyczną próbę — czy będzie nowe porozumienie, czy raczej zmarnowana szansa.

Ci giganci polskiego rynku przesyłek przekonywali nas w reklamach, że sadzą drzewa czy dostarczają przesyłki zero-emisyjnie. Zdaniem UOKiK był to greenwashing czyli tzw. “eko ściemy”. Firmom grożą teraz potężne kary finansowe – do 10% rocznych obrotów!

Allegro – “Sadzimy jedno drzewo za dziesięć paczek”

Spółka deklarowała, że za każde 10 przesyłek w Allegro One zostanie posadzone drzewo w imieniu klienta. Jednak rzeczywistość wyglądała inaczej. Od 2024 roku Allegro zmieniło bowiem zasady akcji, wprowadzając do niej dodatkowy warunek – aby spółka zasadziła drzewo, użytkownik miał w ciągu 30 dni wpisać w Internecie dedykację. Zmiana została bardzo słabo zakomunikowana (tylko w jedynm mailu) przez co zdecydowana większość użytkowników nie miała pojęcia o tym obowiązku. Co więcej, możliwość składania dedykacji przez długi czas w ogóle nie działała. Oprócz tego, Allegro uwzględniało w kalkulacjach drzewa zasadzone przez spółkę wiele miesięcy wcześniej. Oznacza to, że decyzje konsumentów dotyczące wyboru metody dostawy Allegro nie wpływały na rzeczywiste nasadzenia prowadzone przez spółkę.

DHL “na ratunek pszczołom”

UOKiK zakwestionował kampanię DHL, która namawiała klientów do korzystania z jej punktów odbioru paczek, aby “znacząco ograniczyć” ślad węglowy dostaw. Jak stwierdził UOKiK, flota DHL wbrew zapewnieniom spółki, w dużym stopniu składała się z pojazdów wysokoemisyjnych. Dodatkowo, zastosowane przez DHL wyliczenia nie uwzględniały tego, że konsument do paczkomatu musi jakoś dojechać – i rzadko dociera do niego pieszo, szczególnie poza miastami.

Oprócz tego UOKiK skrytykował akcje przeprowadzane przez spółkę takie jak sadzenie drzew, sprzątanie rzek czy akcja “na ratunek pszczołom”. Wbrew wydźwiękowi marketingowemu, miały one charakter lokalny i incydentalny. Przykładowo akcja “na ratunek pszczołom” sprowadziła się do zamontowania 5 (słownie: pięciu) uli na dachu siedziby firmy.

DPD – “doręczamy paczki neutralnie dla środowiska”

Spółka otrzymała podobne zarzuty jak konkurencyjny DHL. “Zielona flota samochodowa” firmy okazała się w większości złożona z aut spalinowych. Co więcej, w warunkach polskiego mixu energetycznego opartego na węglu, nawet zastosowanie pojazdów elektrycznych oznacza emisje dwutlenku węgla. “Dostarczamy paczki neutralnie dla środowiska”, “przesyłki przyjazne dla środowiska” – te hasła UOKiK uznał za greenwashing.

InPost – “Jeden paczkomat dziennie redukuje tyle CO₂, co 9 drzew w ciągu roku”

To hasło reklamowe brzmi bardzo efektownie – zdaniem UOKiK-u oparte jest na szeregu uproszczeń i wprowadza w błąd. Paczkomaty nie mają liści i nie prowadzą fotosyntezy jak drzewa. Ich pozytywny wpływ może wynikać jedynie z tego, że klienci docierają do nich pieszo, a kurierzy rozwożą paczki zeroemisyjną flotą. I jedno i drugie nie jest jednak prawdą. InPost nie przedstawił regulatorowi odpowiednich wyliczeń popierających swoje marketingowe hasła.

Greenwashing podkopuje zaufanie klientów

Jak bardzo trafnie zauważa UOKiK w swoim komunikacie, “długofalową konsekwencją greenwashingu jest zniechęcenie konsumentów do wyboru produktów i usług mających rzeczywiście neutralny bądź pozytywny wpływ na środowisko”. Gdy słyszymy, że co druga firma serwuje nam eko ściemę, przestajemy wierzyć w jakiekolwiek ekologiczne deklaracje. Mamy nadzieję, że chociaż nam – w Nagramach – wciąż ufacie.

Czechy ogłosiły właśnie zamknięcie swojej ostatniej kopalni węgla kamiennego. Tym samym Polska zostanie jedynym krajem w Unii Europejskiej, który nadal wydobywa ten surowiec. Czy to powód do dumy? Raczej przeciwnie. Płacimy za to miliardy złotych z publicznych pieniędzy.

Ostatnia czeska kopalnia zakończy wydobycie w I kwartale 2026 roku. Co ciekawe, nie wynika to z braku rentowności. Nasi południowi sąsiedzi zdali sobie sprawę, że choć wydobycie wciąż przynosi zyski, wkrótce zacznie przynosić straty. Wolą zatem rozpocząć wygaszanie kopalni jeszcze w chwili, gdy nie wymaga państwowych dopłat.

Polska zostanie zatem w przyszłym roku ostatnim krajem w Unii Europejskiej, który wciąż wydobywa węgiel kamienny (jedynie Niemcy, podobnie jak my, wydobywają jeszcze węgiel brunatny). W minionych latach ostatnie kopalnie zamknęła Wielka Brytania i Francja. Trwanie Polski przy węglu to dziś ogromne obciążenie dla budżetu – w 2025 roku rząd planuje przekazać branży ponad 9 miliardów złotych publicznych pieniędzy. To tak jakby każdy Polak wydawał rocznie 250 pln złotych na pokrycie strat w górnictwie. Pomimo tego, jak wynika z umowy społecznej pomiędzy Rządem a górnikami – wydobycie węgla w Polsce ma zakończyć się dopiero w 2049 roku… Jeśli nic się nie zmieni, czekają nas lata kosztownego dotowania umierającej branży. Paradoksalnie, zamiast inwestować w tańsze, czystsze i zgodne z unijną polityką klimatyczną źródła energii, nadal wspieramy schyłkowy sektor węglowy, który nie ma przed sobą realnych perspektyw. Inne kraje UE już dawno zrozumiały, że przyszłość należy do źródeł odnawialnych, bo to się po prostu opłaca.

OZE prześcignęły węgiel!

Co więcej, polski węgiel nie tylko jest coraz droższy, ale też coraz mniej potrzebny. W ostatnich miesiącach wydarzyło się coś symbolicznego – po raz pierwszy odnawialne źródła energii (OZE) wyprzedziły węgiel jako główne źródło produkcji energii elektrycznej w Polsce. W czerwcu OZE wyprodukowały 44,1% prądu, a węgiel – 43,7%. Oczywiście taki wynik możliwy jest tylko w słonecznych miesiącach letnich. Tym niemniej wysoka produkcja z OZE bardzo korzystnie wpływa na obniżenie kosztu energii.

Tania zielona energia zamiast nierentownego górnictwa

Co istotne, energia z OZE – nawet bez dotacji – staje się dziś tańsza niż prąd z węgla. Nowe instalacje wiatrowe i fotowoltaiczne produkują energię znacznie taniej niż elektrownie węglowe, których koszty rosną nie tylko przez emisje CO₂, ale także przez utrzymanie starzejącej się infrastruktury i subsydia dla kopalń. Średni koszt produkcji energii z OZE z nowej efektywnej farmy wiatrowej czy fotowoltaicznej to około 200 PLN/MWh. A z węgla? 400-500 PLN/MWh. Zamiast być dumni z tego ostatniego miejsca na węglowej mapie Europy, może warto zapytać: ile jeszcze będziemy dopłacać do przeszłości, zamiast inwestować w przyszłość?

Roślinne zamienniki mięsa to gorący temat do dyskusji. Wiele osób wciąż uważa termin “kiełbasa roślinna” za świętokradztwo. Tymczasem sprzedaż roślinnych zamienników mięsa w Polsce rośnie… a mięsa spada. I to pomimo spadających cen. Jednak globalne koncerny są rozczarowane tempem wzrostu segmentu roślinnego i niektóre go porzucają. 

Spadek cen mięsa nie przekłada się na większą konsumpcję – najnowsze dane

Według najnowszych analiz opublikowanych przez Puls Biznesu, w Polsce ceny mięsa ostatnio spadają, lecz mimo to jego sprzedaż i spożycie także spadają. Najpopularniejsze są wieprzowina i drób. Wołowina na polskim stole to już prawdziwa rzadkość. Spożywamy jej średnio rocznie mniej niż kilogram, podczas gdy wieprzowiny średnio 40 kg a drobiu 30 kg. Dane odnośnie spożycia mięsa zmieniają się z roku na rok i pomiędzy badaniami – ale uśredniając trend spadkowy jest ewidentny.

Rosnąca popularność zamienników mięsa w Polsce

Choć rynek roślinnych zamienników mięsa w Polsce wciąż jest niewielki, z roku na rok zyskuje na znaczeniu. Coraz więcej konsumentów sięga po produkty typu „plant-based”, takie jak roślinne burgery, kiełbasy czy pasztety – nie tylko z powodów etycznych, ale też zdrowotnych i finansowych. Z danych cytowanych w mediach wynika, że zamienniki te szczególnie chętnie wybierają osoby młode, mieszkańcy dużych miast i kobiety.

Według raportów rynkowych, w ciągu kilku ostatnich lat sprzedaż roślinnych alternatyw w Polsce wzrosła nawet kilkukrotnie – niektóre źródła mówią o wzroście rzędu 400–500%. Zwiększa się też dostępność tych produktów: znajdują się już nie tylko w sklepach specjalistycznych, ale też w ofercie popularnych dyskontów czy restauracji sieciowych.

Ważną rolę odgrywa też marketing i zmiana języka – coraz częściej mówi się nie o „produktach dla wegan”, lecz o „alternatywach dla każdego”, co łagodzi barierę wejścia dla tzw. fleksitarian, czyli osób ograniczających mięso, ale niewykluczających go całkowicie z diety.

Sytuacja globalna – giganci zawiedzeni sektorem plant-based

Choć nie tylko w Polsce rynek roślinnych zamienników rośnie, to jednak nie doszło do światowej rewolucji. Co z tego, że sprzedaż takich produktów rośnie w tempie ok. 20% rocznie. Mimo tego sprzedaż takich produktów w porównaniu z produktami tradycyjnymi jest wciąż mizerna – stanowi ok. 1%. Unilever rozmawia o sprzedaży swojej marki Vegetarian Butcher. Również Nestlé ogranicza ofertę Sweet Earth, rezygnując m.in. z roślinnego „bekonu” i kurczaka. Z czego to wynika? Analizy wskazują, że rynek roślinnych alternatyw traci impet przez niskie zaufanie konsumentów (postrzeganych jako wysoko przetworzone) oraz wyższe ceny w porównaniu z mięsem tradycyjnym.

Co dalej – jaka jest przyszłość rynku mięsa i jego zamienników?

Jeszcze kilka lat temu analitycy przewidywali, że rynek zamienników mięsa osiągnie 100 mld USD do 2030 roku, a udział „mięsa roślinnego” w globalnym rynku mięsnym przekroczy 10–15%. Obecnie te prognozy zostały zrewidowane w dół.

W Polsce możemy się spodziewać szybszych wzrostów. Choć brak jest szczegółowych analiz wyłącznie dla Polski, eksperci szacują, że udział zamienników mięsa w polskim rynku spożywczym może wzrosnąć do 2–3% do końca dekady. Jest to zgodne z europejskimi trendami, ale z opóźnieniem.

Rewolucją na rynku zarówno polskim jak i światowym może być wejście na rynek mięsa hodowanego w laboratorium. Za parę lat takie produkty mogą stać się kilka razy tańsze niż mięso odzwierzęce. Czy się przyjmą? Czas pokaże.

Drzewo Robin Hooda, najsłynniejsze drzewo Wielkiej Brytanii zostało ścięte w 2023 r. w niezrozumiałym i bezcelowym akcie wandalizmu. Ten przepiękny 200-letni platan rósł samotnie na przełęczy przy Wale Hadriana.  We wtorek zapadł wyrok – sprawcy pójdą do więzienia. 

Drzewo wystąpiło w kilku filmach, w tym w Robin Hoodzie z Kevinem Costnerem z 1991 roku. Tysiące ludzi przyjeżdżało co roku by fotografować się z tym pomnikiem przyrody. Aż do września 2023 roku. Wtedy, pod osłoną nocy, dwóch sprawców w wieku 39 i 23 lat ścięło drzewo przy użyciu piły mechanicznej. Nagrali też filmiki telefonem z całego zdarzenia. W toku śledztwa nie ustalono motywów działania sprawców. Ci początkowo nie przyznawali się do popełnianego czynu, potem twierdzili, że byli pijani. Być może chodziło o adrenalinę, chęć połechtania własnego ego? – domyślał się prokurator. Rozprawa sądowa zakończyła się w ubiegły wtorek – i do złudzenia przypominała sprawę o morderstwo. W tym przypadku – nie człowieka lecz drzewa. Przełomowy wyrok – 4 lat więzienia – ucieszył Brytyjczyków i stanowi pewien rodzaju przełom. 

A drzewo? Z wyciętego pnia puściło nowe, świeże pędy.

Choć wyrok wydaje się surowy, dla wielu ekologów i prawników to ważny sygnał, że przyroda nie jest bezbronna wobec ludzkiej destrukcji. Do tej pory kary za niszczenie pomników przyrody częściej ograniczały się do grzywien lub nakazów odpracowania szkód. Sąd w Newcastle, ogłaszając decyzję, podkreślił „wyjątkową wartość kulturową i przyrodniczą” platana, który przez dwa stulecia był świadkiem historii, inspiracją artystów i magnesem turystycznym.

Ogromne poruszenie opinii publicznej po ścięciu drzewa pokazało, jak silne więzi emocjonalne łączą ludzi z naturą. Petycję wzywającą do surowego ukarania sprawców podpisało ponad 100 tys. osób w zaledwie kilka dni. Organizacje ekologiczne zwracały uwagę, że zabicie tak wiekowego drzewa to nie tylko strata krajobrazowa, lecz także utrata siedliska dla setek gatunków owadów, ptaków i porostów.

Czy 4 lata więzienia to precedens? W brytyjskim prawodawstwie za zniszczenie „zabytku przyrody” grozi do 5 lat pozbawienia wolności, jednak dotąd sądy rzadko korzystały z górnej granicy. Eksperci porównują tę sprawę do głośnego procesu z 2019 r., gdy rolnik z hrabstwa Kent otrzymał 2 lata za wycięcie 73 dębów chronionych prawem. W tamtym przypadku jednak drzewa nie miały takiego statusu kulturowego ani medialnego rozgłosu.

Wyrok ma także wymiar ekonomiczny. Lokalne władze oszacowały, że region stracił nawet 1,5 mln funtów potencjalnych przychodów turystycznych rocznie. Napływ gości zainteresowanych wyjątkowym widokiem napędzał małe pensjonaty, kawiarnie i sklepy z pamiątkami. Już po kilku tygodniach od incydentu frekwencja spadła o niemal 40 %.

Jednocześnie wycinka paradoksalnie zwiększyła świadomość ekologiczną. Uniwersytet w Newcastle rozpoczął badania nad „prawami drzew”, a w szkołach regionu przeprowadzono lekcje o znaczeniu bioróżnorodności. W sieci ruszyła zbiórka na posadzenie tysiąca drzew w nazwanej „Aleją Nadziei”, która zebrała fundusze w niespełna miesiąc.

Z biologicznego punktu widzenia losy Robin Hood Tree są wciąż otwarte. Choć główny pień został poważnie uszkodzony, botaniści National Trust informują, że drzewo wytworzyło kilkanaście zdrowych odrośli. Specjaliści prowadzą teraz eksperymentalny program szczepienia pędów na sadzonkach, aby zachować genetyczną linię słynnego platana. Jeśli się powiedzie, „potomkowie” kultowego drzewa mogą zostać wysadzeni w pobliżu pierwotnej lokalizacji, symbolicznie kontynuując jego dziedzictwo.

Sprawa ma też międzynarodowy wymiar prawny. Organizacje z Kanady, Niemiec czy Nowej Zelandii komentują, że wyrok może wyznaczyć nowy standard ochrony przyrody – podobny do trendu przyznawania rzekom czy lasom osobowości prawnej, co już dzieje się w Ameryce Południowej. Czy w przyszłości drzewa będą miały swoich „adwokatów” w sądzie? Coraz więcej ekspertów twierdzi, że to nieuniknione w obliczu kryzysu klimatycznego.

Dla Brytyjczyków to wyrok bez precedensu, ale również sygnał do refleksji – jak cenne są pojedyncze drzewa w krajobrazie i kulturze oraz jak krucha bywa nasza wspólna pamięć. Gdy młode gałązki Robin Hood Tree znów uniosą się ku niebu, będą przypominać zarówno o ludzkiej lekkomyślności, jak i o sile odrodzenia, jaka drzemie w naturze.

Fot. Carole Raddato, CC.

W ostatnich miesiącach świat ogarnęła prawdziwa pistacjowa gorączka. Wszystko za sprawą słynnej, viralowej czekolady dubajskiej – luksusowego deseru, który łączy intensywnie zieloną pastę pistacjową, chrupiące ciasto kataifi oraz grubą warstwę belgijskiej czekolady. Choć cena takiej słodkości potrafi przyprawić o zawrót głowy – dochodząc nawet do 100 zł za tabliczkę – zainteresowanie nie słabnie, a media społecznościowe tylko podgrzewają ten trend.

Wzrost popytu na pistacje spowodował gwałtowne kurczenie się światowych zapasów – jak podają dane branżowe, ich ilość spadła aż o 20%. Jednocześnie ceny pistacji skoczyły niemal dwukrotnie – z 50 zł do nawet 100 zł za kilogram. Wpływ na ten skok miały także niekorzystne warunki pogodowe i słabe zbiory w USA – największym producencie tych orzechów.

Orzechy laskowe – niedoceniany skarb z polskich sadów

W całym tym pistacjowym szaleństwie łatwo zapomnieć o tym, co mamy niemal na wyciągnięcie ręki. Polskie orzechy laskowe nie tylko dorównują pistacjom pod względem wartości odżywczych, ale również biją je na głowę, jeśli chodzi o lokalność i mniejsze obciążenie dla środowiska. Uprawiane na rodzimych plantacjach, nie muszą przemierzać tysięcy kilometrów, zanim trafią do naszej kuchni.

Pod względem wartości odżywczych mamy do czynienia z prawdziwym remisem. Pistacje faktycznie zawierają więcej witaminy B6 oraz witaminy E, jednak orzechy laskowe są znakomitym źródłem kwasu foliowego, witaminy C oraz B5. Co więcej, są bogatsze w magnez, wapń i żelazo – kluczowe minerały, które wspierają odporność, układ nerwowy i zdrowie kości. Z kolei pistacje dostarczają więcej potasu i fosforu.

Ekologiczny wybór i wsparcie dla lokalnych rolników

Wybierając polskie orzechy laskowe, nie tylko dostarczasz sobie cennych składników odżywczych, ale również wspierasz lokalną gospodarkę i zmniejszasz swój ślad węglowy. To prawdziwy win-win – zdrowie i troska o środowisko w jednym!

Co więcej, orzechy laskowe doskonale odnajdują się w wielu przepisach kulinarnych – od śniadaniowych granoli i owsianek, przez kremy do smarowania, aż po wypieki i desery. Mają przyjemnie delikatny smak i naturalną słodycz, która idealnie komponuje się zarówno z czekoladą, jak i owocami.

Orzechowy renesans? Czas na laskowe!

Może więc czas spojrzeć na pistacjowy trend z nieco innej perspektywy i przypomnieć sobie o tym, co nasze, pyszne i pełne wartości. Orzechy laskowe nie ustępują modnym pistacjom, a często wręcz przewyższają je pod względem praktyczności i dostępności. Zamiast podążać ślepo za zagranicznymi nowinkami, warto sięgnąć po produkt, który od lat jest częścią polskiego krajobrazu i kuchni.


Spróbuj orzechów laskowych z oferty Na Gramy

W naszym sklepie internetowym Na Gramy znajdziesz najwyższej jakości orzechy laskowe – zarówno prażone, jak i nieprażone, pochodzące od sprawdzonego dostawcy – Tree Nuts. Orzechy od Tree Nuts pochodzą z polskich sadów, m.in z sadu leszczynowego w Jankowicach pod Pszczyną.

👉 Sprawdź naszą aktualną ofertę i spróbuj orzechów laskowych!

W 2011 roku w Australii narodziła się inicjatywa Plastic Free July, która dziś inspiruje miliony ludzi na całym świecie. Pomysłodawczynią akcji była Rebecca Prince-Ruiz, aktywistka i założycielka organizacji Plastic Free Foundation. Ideą kampanii jest ograniczenie używania jednorazowych plastikowych opakowań przez cały lipiec, by zwrócić uwagę na skalę problemu i zachęcić do trwałych zmian w codziennych nawykach. Akcja odbywa się już w ponad 170 krajach, w tym w Polsce.

Więcej odpadów latem – czas działać!

W sezonie urlopowym ilość odpadów wzrasta nawet o 30%, a duża część z nich trafia niestety nie do recyklingu, lecz do środowiska. Wśród największych letnich problemów związanych ze śmieciami wymienia się plastikowe butelki, słomki, foliowe torby i jednorazowe naczynia, które zaśmiecają plaże, lasy i miejskie parki. Organizatorzy zachęcają, by w tym miesiącu korzystać z własnych toreb, bidonów i pudełek oraz wybierać produkty pakowane w sposób przyjazny naturze. Jeśli nie mamy tego typu produktów warto wybrać się do sklepu zero waste, takiego jak Na Gramy.

Co wybierają klienci latem? Porady z Na Gramy

– Klienci bardzo często poszukują w okresie letnim środków myjących o naturalnym składzie, które mogą zabrać na biwak. Wówczas nie zatruwamy detergentami jezior, nad którymi spędzamy urlop. Popularnością cieszą się w tym roku również kremy UV ze specjalnymi filtrami, które nie szkodzą rafom koralowym, a także jak zawsze wielorazowe butelki – mówi Tomek ze sklepu Na Gramy w Łodzi – Najważniejsze jest przede wszystkim planowanie. Dzięki zakupom przed wyjazdem, a nie w kurortach, możemy znacznie zmniejszyć ilość plastiku, który wytworzymy. Na miejscu, w małych sklepikach czy na straganach, prawdziwie ekologicznych i jakościowych produktów jest bowiem jak na lekarstwo.

Codzienne nawyki mają znaczenie

Warto również przyjrzeć się swoim codziennym rytuałom – poranna kawa na wynos, szybkie zakupy zapakowane w foliówkę czy przekąski w plastikowych opakowaniach to drobne decyzje, które w skali miesiąca mogą generować ogromne ilości śmieci. W ramach akcji „Lipiec bez plastiku” organizatorzy zachęcają do prowadzenia dziennika zużycia plastiku – zapisując, co udało się ograniczyć, a nad czym trzeba jeszcze popracować.

Coraz więcej firm i instytucji wspiera kampanię, wprowadzając rozwiązania, które ułatwiają klientom wybór bardziej ekologicznych opcji. Kawiarnie oferują zniżki za kawę do własnego kubka, sklepy wycofują jednorazowe reklamówki, a biura i szkoły stawiają na edukację i segregację odpadów. Wspólne działanie, nawet poprzez drobne zmiany, może prowadzić do realnych rezultatów.

Ekologia się opłaca

Nie bez znaczenia jest również aspekt ekonomiczny. Choć początkowo zakup produktów wielorazowych może wydawać się droższy, w dłuższej perspektywie przynosi oszczędności. Wielorazowa butelka, stalowa słomka czy bawełniana torba posłużą przez wiele sezonów, a my przestajemy płacić za każdy jednorazowy zamiennik.

Ucz dzieci przez przykład

Włączenie się do akcji może być też świetną okazją do rodzinnych rozmów o ekologii. Wspólne przygotowywanie lunchboxów, pakowanie wakacyjnych bagaży bez plastiku czy wycieczka do lokalnego sklepu zero waste to doskonały sposób na budowanie świadomości już od najmłodszych lat. Dzieci uczą się przez przykład, a widząc zaangażowanie dorosłych, chętniej podejmują podobne działania.

Jak dołączyć do Plastic Free July?

Na stronie internetowej Plastic Free July dostępne są materiały edukacyjne, pomysły na ograniczenie plastiku w różnych obszarach życia oraz inspirujące historie osób, które całkowicie zmieniły swoje podejście do konsumpcji. Dołączenie do wyzwania nie wymaga rejestracji – wystarczy decyzja i chęć spróbowania.

Pamiętajmy, że każdy gest ma znaczenie. To, co dziś wydaje się małą zmianą, w przyszłości może przełożyć się na lepszą kondycję naszej planety. Lipiec bez plastiku to nie tylko wyzwanie, ale również zaproszenie do refleksji nad tym, jak żyjemy i co zostawiamy po sobie przyszłym pokoleniom.

Szacowanie ile produktu potrzebujemy

Jedna łyżeczka to około 5g

Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua.

Jedna łyżka to około 15g

Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua.

Jedna szklanka to około 250g

Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua.