Trwają konsultacje społeczne dotyczące budowy ścieżki rowerowej łączącej Hajnówkę z Białowieżą. Drogowcy promują wariant poprowadzenia jej wzdłuż ruchliwej drogi, co oznaczać będzie wycinkę kilku tysięcy potężnych drzew! Rowerzyści pukają się w głowę – nikt nie lubi jeździć rowerem tuż obok samochodów, szczególnie jak dostępne są dużo mądrzejsze warianty. Czy konsultacje społeczne sprawią, że drogowcy pójdą po rozum do głowy?
Planowana ścieżka to jedna z najbardziej oczywistych inwestycji turystycznych w regionie. Hajnówka leży na skraju Puszczy Białowieskiej, a Białowieża 15 km dalej, w jej sercu. Oba miasta łączy ruchliwa, ale niezwykle malownicza droga wojewódzka prowadząca przez środek puszczy. Drzewostan w jej otoczeniu jest naprawdę imponujący – nierzadko są to potężne drzewa o wymiarach pomnikowych. Teren jest bardzo atrakcyjny turystycznie, więc stworzenie porządnej infrastruktury rowerowej z prawdziwego zdarzenia jest jak najbardziej zasadne. Problem polega jednak na tym, że wariant preferowany przez drogowców budzi ogromne kontrowersje.
Możliwe przebiegi ścieżki
Podlaski Zarząd Dróg Wojewódzkich uparcie rekomenduje budowę ścieżki w pasie drogowym wzdłuż drogi wojewódzkiej nr 689 łączącej Hajnówkę z Białowieżą. Środowiska rowerowe nie pozostawiają na tym projekcie suchej nitki. Oczywistym problemem jest już wspomniana wycinka drzew. Aktywiści podkreślają też, że jazda kilka metrów od ruchliwej szosy nie jest ani przyjemna ani bezpieczna. Wiąże się z wdychaniem spalin, a poszerzenie pasa drogowego sprawi, że zamiast jazdy w cieniu drzew rowerzyści znajdą się na nasłonecznionej “patelni”. Ich zdaniem trasa powinna prowadzić przez puszczę – wykorzystując istniejące drogi leśne lub inne korytarze infrastrukturalne.
Wśród proponowanych alternatyw pojawia się m.in. wariant wykorzystujący drogi prowadzące przez Budy, Teremiski i Pogorzelce, częściowo pokrywający się ze szlakiem Green Velo. Wskazywany jest również przebieg wzdłuż linii kolejowej, gdzie ingerencja w przyrodę byłaby znacznie mniejsza. Linia kolejowa praktycznie nie jest obecnie użytkowana. Co prawda jest w planach jej reaktywacja, ale będzie oznaczało to jedynie kilka pociągów dziennie. Tymczasem na drodze wojewódzkiej mamy nieprzerwany sznur samochodów. Wzdłuż linii kolejowej jest już pas wolny od drzew, gdzie zmieści się ścieżka rowerowa z minimalną ingerencją w drzewostan. Zdaniem aktywistów takie rozwiązania byłyby nie tylko bardziej przyjazne środowisku, ale też zwyczajnie ciekawsze dla turystów. Spojrzenie na mapę chyba nie pozostawia złudzeń, gdzie posiadający rozum rowerzysta wolałby podróżować.

Decyzja jeszcze nie zapadła
Krytycy zwracają uwagę, że forsowanie wariantu wzdłuż drogi może wynikać z kwestii formalnych i finansowych – budowa infrastruktury rowerowej w pasie istniejącej drogi jest dla zarządcy prostsza organizacyjnie. Z perspektywy przyrody i turystyki taki przebieg trasy budzi jednak poważne wątpliwości. Drogowcy używali do tej pory dość kuriozalnych argumentów, że przebieg drogi w wariancie przez las byłby problematyczny w przypadku konieczności dojazdu ambulansu. Tymczasem ryzyko poważnej kolizji, wymagającej interwencji ambulansu na drodze rowerowej przez las bez samochodów jest prawie zerowe, czego nie można powiedzieć o przypadku, gdy droga rowerowa będzie biegła wzdłuż ruchliwej drogi.
Na razie ostateczny przebieg ścieżki nie jest przesądzony. Trwające konsultacje społeczne mają pomóc w wyborze wariantu, który pogodzi potrzeby turystyki rowerowej z ochroną przyrody. Od ich wyniku zależy, czy nowa trasa stanie się przykładem dobrze zaplanowanej infrastruktury w cennym przyrodniczo regionie – czy kolejnym rozdziałem w długiej historii sporów o przyszłość Puszczy Białowieskiej.
Zainteresowanych tematem, zapraszam na FB Miasta dla Rowerów:
Zdjęcie główne wpisu: Droga Wojewódzka Hajnówka – Białowieża, fot. Radosław Drożdżewski
Po wielu latach starań wreszcie doszło do przełomu. Od utworzenia pierwszego od 24 lat parku narodowego dzieli nas już tylko podpis Prezydenta. Park Narodowy Doliny Dolnej Odry – ma objąć bardzo cenne torfowiska, kanały, łąki i rozlewiska w dolinie Odry, nieopodal Szczecina.
Przez lata samorządy w regionie były stopniowo przekonywane do koncepcji parku narodowego. Trzy z nich (Szczecin oraz gminy Widuchowa oraz Kołbaskowo) — formalnie wyraziły zgodę na objęcie ich terenów nowym parkiem narodowym. Jednak nie gmina Gryfino. Tam władze stwierdziły, że przez park ucierpi przemysł i potencjał rozwoju gminy.
Ministerstwo Klimatu i Środowiska uznało, że sprzeciw jednej gminy nie może zablokować powstania parku narodowego. Zdecydowano się na kompromisowe rozwiązanie. Gmina Gryfino została wycięta z mapy parku – tam pozostanie, jak do tej pory, park krajobrazowy. Oczywiście w każdej chwili Gryfino może dołączyć do projektu. Efektem jest to, że projektowany park narodowy jest podzielony na dwie części z bijącą po oczach „dziurą” po środku.

Ostatnia szansa w Gryfinie – zaprzepaszczona
22 października na ostatniej sesji Radni Miejscy Gryfina ponownie zagłosowali przeciwko utworzeniu parku narodowego na terenie ich gminy. Tak zagłosowało 13 radnych, 5 było za, a 2 wstrzymało się od głosu. Najwięcej emocji wzbudził jednak fakt, że przeciw przystąpieniu Gryfina do Parku Narodowego zagłosowali również radni Koalicji Obywatelskiej – Magdalena Chmura, Jerzy Piasecki oraz Aleksandra Misiuna-Gólcz. Ich decyzja oznacza, że stanęli oni ramię w ramię z radnymi skrajnej prawicy, którzy od początku blokowali ten projekt.
Ostatnie zmiany Senatu
W przebiegu procedury ustawodawczej ważną rolę odegrał Senat. Izba wyższa przyjęła poprawki do ustawy o powołaniu parku. Najistotniejszą zmianą było przywrócenie zapisu, który umożliwia prowadzenie w otulinie parku działań związanych z utrzymaniem śródlądowych dróg wodnych, inwestycji oraz urządzeń wodnych – w szczególności przez Państwowe Gospodarstwo Wodne Wody Polskie. Sejm poprawki Senatu przyjął. Oznacza to, że ustawa z poprawką senacką wróciła do podpisu Prezydenta.
Spekulacje PiS – żegluga i elektrownia. Czy są uzasadnione?
Politycy PiS od początku projektu wyrażali obawy, że utworzenie parku narodowego może spowodować ograniczenia żeglugi śródlądowej na Odrze – m.in. ze względu na przekonanie, że nowe formy ochrony przyrody mogą spowodować zakaz ruchu statków lub obostrzenia. Podnoszono też głosy że Park Narodowy może utrudniać działanie Elektrowni Dolna Odra.

Według informacji z Ministerstwa Klimatu i Środowiska, park narodowy nie zmieni zasad użytkowania rzek w okolicy i żegluga nadal będzie możliwa — granice parku ani jego otuliny nie obejmują głównych ramion Odry (Odra Zachodnia i Regalica), które stanowią szlak żeglugowy. W kwestii elektrowni — choć PiS wskazuje na możliwe negatywne skutki („elektrownia ma być zamknięta”, „rozpoczyna się wygaszanie bloków węglowych”) – nie ma w ustawach dotyczących parku żadnego zapisu, który wpływałby na jej działalność. Elektrownia znajduje się kilka kilometrów poza parkiem, na prawym brzegu rzeki. Obawy PiS wydają się być bezzasadne.
Co dalej? Czy Prezydent Nawrocki zawetuje utworzenie nowego parku narodowego?
Teraz projekt ustawy o powołaniu parku wędruje do podpisu przez Karola Nawrockiego — prezydenta RP. Jakie są szanse, że podpisze albo zawetuje?
Na niekorzyść wskazuje fakt, że w głosowaniu w Sejmie cały klub PiS (tak samo jak Konfederacja) zagłosował przeciw ustawie. Poniżej wyniki głosowania.

Termin uruchomienia parku narodowego wyznaczono na 11 listopada br.
To już siódma próba uchwalenia w Polsce zakazu hodowli zwierząt na futra. Wszystkie poprzednie utykały na różnych etapach procesu legislacyjnego. Wszystko wskazuje, że teraz może być inaczej.
Do siedmiu razy sztuka…
Walka o zakończenie cierpień zwierząt futerkowych w Polsce trwa już od 2011 roku. Wtedy Koalicja dla Zwierząt zgłosiła obywatelski projekt nowelizacji ustawy o ochronie zwierząt, który podpisało aż 220 tysięcy Polaków! Poparcie dla inicjatywy zadeklarowały wówczas wszystkie główne partie. Projekt po pierwszym czytaniu w Sejmie został skierowany do prac w sejmowych komisjach… i tam utknął.
W 2017 roku posłowie PiS złożyli własny projekt zakazu hodowli zwierząt futerkowych (z wyjątkiem królika). Za projektem opowiadał się nawet Jarosław Kaczyński. Wkrótce jednak, pod presją lobby rolników, PiS zaczął z ustawy się wycofywać, zmieniać jej zapisy, aż w końcu zupełnie straciła impet i przestała być procedowana.
W 2020 roku było już najbliżej zmiany przepisów. Uchwała PiS zakładająca słynną „Piątkę dla zwierząt” została przyjęta przez Sejm poparciem 356 posłów. Senat wprowadził do niej poprawki. Jednak gdy projekt wrócił do Sejmu, PiS ponownie ugiął się pod presją lobbystów i umieścił go w tzw. sejmowej zamrażarce – marszałek sejmu nie skierował projektu pod głosowanie. Od tamtej pory kwestia futer była w zawieszeniu, mimo że debata publiczna nie cichła.
Dlaczego dotąd nie udało się wprowadzić zakazu?
Próby uchwalenia zakazu hodowli zwierząt futerkowych napotykały na wiele barier, zarówno politycznych, jak i praktycznych. Branża futrzarska od lat dysponuje wpływami i zdolnością do lobbingu — argumenty ekonomiczne, lokalne uzależnienie rolników od tej produkcji, opór w regionach o dużym udziale ferm, to wszystko stawiało realny opór dla inicjatyw zakazowych.

Dwa równoległe projekty
Obecnie na stole mamy aż dwa projekty zakazu hodowli zwierząt na futra. Pierwszy jest autorstwa Małgorzaty Tracz (KO). Ustawa została złożona w Sejmie w czerwcu, a podpis poparcia pod nią złożyło 120 parlamentarzystów i parlamentarzystek.
Projekt przewiduje między innymi: zakaz tworzenia nowych ferm od momentu wejścia ustawy, 5-letni okres przejściowy do wygaszenia hodowli oraz system odszkodowań (degresywnie: im szybciej hodowla będzie zakończona, tym wyższa rekompensata) oraz odprawy dla pracowników ferm. Sama Tracz określa swój projekt jako „sprawiedliwą umową społeczną między hodowcami, parlamentarzystami i społeczeństwem”. W wywiadach podkreśla, że dzięki tym elementom — zwłaszcza rekompensatom i rozsądnemu vacatio legis — projekt ma większe szanse na uzyskanie poparcia szerokiego grona posłów.
Według materiałów prasowych, projekt Tracz ma poparcie parlamentarzystów z KO, Lewicy, Polski 2050 i części PSL oraz – według samej posłanki – „niektórzy posłowie PiS również je popierają”.
Obok projektu Tracz w Sejmie złożono drugi projekt (autor: poseł Jarosław Sachajko oraz posłowie PiS, Konfederacji i Kukiz’15). Ten wariant przewiduje znacznie dłuższy — 15-letni — okres przejściowy (do roku 2039) i nie zakłada odszkodowań dla hodowców. Projekt ten jest przez część środowisk uważany za „iluzoryczny zakaz”. Zgodnie z nim bowiem aż do 2039 roku hodowla zwierząt futerkowych może trwać w najlepsze.

Najpierw poddany pod głosowanie będzie projekt Tracz — jako bardziej ambitny i bardziej atrakcyjny politycznie — a jeśli on nie przejdzie, wtedy może być dopuszczony do głosowania projekt alternatywny. Zwolennicy zakazu podkreślają, że większość społeczeństwa (ok. 70%) jest przeciwko hodowli futerkowej, co może wpływać na posłów obawiających się wizerunkowo głosowania.

Na szczęście branża i tak się kurczy
“Produkcja futer maleje. Nawet w Chinach, które są liderem w hodowli zwierząt na futra. W latach 2019-2022 zanotowano tam spadek produkcji o około 60 proc. Hoduje się rocznie 10 mln zwierząt, podczas gdy dekadę temu było to 60 milionów” – mówiła podczas wystąpienia w Komisji Sejmowej Marta Korzeniak ze Stowarzyszenia Otwarte Klatki.
Również w Polsce branża się zwija. Od 2015 roku liczba zabijanych zwierząt na futra spadła w Polsce o 80%. W naszym kraju działa obecnie około 300 ferm (w szczytowych latach było 800).
Nie chcemy tu epatować drastycznymi informacjami. Jeśli jednak chcesz dowiedzieć się więcej o zwierzętach futerkowych i jak bardzo cierpią, poczytaj tu:
lub tu:
Główne zdjęcie wpisu: Lisek uratowany z fermy w Durzynie w nowym domu w Jelonkach;
Fot. Andrzej Skowron, Otwarte Klatki
Opakowania kaucyjne widmo oraz firmy obchodzące system – tak wygląda na razie polski system kaucyjny w praktyce
System kaucyjny jest jak Yeti. Każdy o nim słyszał, ale nikt go nie widział. Teoretycznie ruszył 1 października. Od tego dnia mogą pojawiać się na sklepowych półkach opakowania wielorazowe ze znakiem kaucji. Mogą – ale według naszej wiedzy 1 października nie pojawiło się w skali kraju ani jedno takie opakowanie! Producenci korzystają bowiem z 3-miesięcznego okresu przejściowego podczas którego mają prawo wciąż wprowadzać do obrotu wielorazowe opakowania nieobjęte kaucją. Co prawda w wielu sklepach stoją automaty do zwrotu butelek czy puszek – ale nie ma co do nich wrzucać. Według szacunków ekspertów, pierwsze może pojawią się na koniec listopada, a system tak naprawdę zacznie działać za pół roku.
Jak obejść system – przykład nr 1
Jak widać producentom bardzo nie w smak jest podjęcie ekologicznych kroków i szybkie wdrożenie kaucji. Niektórzy posunęli się naprawdę daleko by do systemu nie dołączyć. Tak było w przypadku Ustronianki, która reklamowała z dumą swoją omijającą system butelkę PET o pojemności… 3,001 litra! Jak można się domyślić, system kaucyjny obowiązuje jedynie do pojemności 3 litrów. W kuriozalnym oświadczeniu, firma argumentowała, że “łączy w sobie odpowiedzialność wobec środowiska z elastycznym podejściem do potrzeb konsumentów, dając im realny wybór i większą dostępność produktów w różnych formatach” – gdyż planuje również wprowadzić na rynek butelki w wersji objętej kaucją. W mojej ocenie o żadnej “odpowiedzialności wobec środowiska” nie mogło być w tym przypadku mowy, a całe oświadczenie było ewidentnym przykładem greenwashingu. Na Ustroniankę spadła fala hejtu, co spowodowało, że już 2 października sieć Kaufland wycofała butelki Ustronianki ze swojej oferty. „Naszym celem nigdy nie było i nie będzie obchodzenie systemu kaucyjnego. Pojawienie się tej oferty było błędem, a nie działaniem wynikającym z naszej strategii” – skomentował Kaufland.

Jak obejść system – przykład nr 2
Inną “strategię” obrała marka Oshee. Ta produkowała do tej pory plastikowe butelki PET ze smakowymi wodami i izotonikami dostępne np. w drogeriach Rossmann. Od 1 października pod logo Oshee pojawiły się identyczne napoje, ale opakowane w tzw. tetrapak. Ten rodzaj opakowania, który znamy np. z kartonów soków czy mleka, nie jest objęty systemem kaucyjnym. Należy też dodać, że jest dużo trudniejszy w recyklingu niż zwykłe butelki PET – a więc zdaniem wielu dużo mniej ekologiczny. Ale przecież nie o ekologię tu chodzi – a o omijanie przepisów.

Poszukiwania znaczka kaucji – czy będziemy potrzebować lupy?
Trwają zatem obecnie poszukiwania pierwszego w Polsce opakowania objętego systemem. Jeśli ktoś takie znajdzie – prosimy o przesłanie do nas zdjęcia – odwdzięczymy się rabatem do naszego sklepu Na Gramy! 🙂 Okazuje się, że może nie być łatwo go znaleźć – znak kaucji będzie bowiem całkiem mały. Jego minimalne wymiary (a na takie zapewne zdecydują się producenci) będzie wynosił 1 cm x 0,8 cm. Poniżej załączamy to jak może ten znaczek wyglądać na etykiecie znanego czarnego gazowanego napoju.

A jak wygląda ten znaczek w sąsiedniej Słowacji gdzie system kaucyjny działa świetnie od 2022 roku? Na butelkach znajduje się duży czytelny znak (“zalohovane”) – mniej więcej 2-3 razy większy niż polski. Można? Można!

A Ty co sądzisz o kaucji? Widziałeś gdzieś kaucyjną butelkę? Czekamy na Wasze komentarze 🙂
Czechy ogłosiły właśnie zamknięcie swojej ostatniej kopalni węgla kamiennego. Tym samym Polska zostanie jedynym krajem w Unii Europejskiej, który nadal wydobywa ten surowiec. Czy to powód do dumy? Raczej przeciwnie. Płacimy za to miliardy złotych z publicznych pieniędzy.
Ostatnia czeska kopalnia zakończy wydobycie w I kwartale 2026 roku. Co ciekawe, nie wynika to z braku rentowności. Nasi południowi sąsiedzi zdali sobie sprawę, że choć wydobycie wciąż przynosi zyski, wkrótce zacznie przynosić straty. Wolą zatem rozpocząć wygaszanie kopalni jeszcze w chwili, gdy nie wymaga państwowych dopłat.
Polska zostanie zatem w przyszłym roku ostatnim krajem w Unii Europejskiej, który wciąż wydobywa węgiel kamienny (jedynie Niemcy, podobnie jak my, wydobywają jeszcze węgiel brunatny). W minionych latach ostatnie kopalnie zamknęła Wielka Brytania i Francja. Trwanie Polski przy węglu to dziś ogromne obciążenie dla budżetu – w 2025 roku rząd planuje przekazać branży ponad 9 miliardów złotych publicznych pieniędzy. To tak jakby każdy Polak wydawał rocznie 250 pln złotych na pokrycie strat w górnictwie. Pomimo tego, jak wynika z umowy społecznej pomiędzy Rządem a górnikami – wydobycie węgla w Polsce ma zakończyć się dopiero w 2049 roku… Jeśli nic się nie zmieni, czekają nas lata kosztownego dotowania umierającej branży. Paradoksalnie, zamiast inwestować w tańsze, czystsze i zgodne z unijną polityką klimatyczną źródła energii, nadal wspieramy schyłkowy sektor węglowy, który nie ma przed sobą realnych perspektyw. Inne kraje UE już dawno zrozumiały, że przyszłość należy do źródeł odnawialnych, bo to się po prostu opłaca.
OZE prześcignęły węgiel!
Co więcej, polski węgiel nie tylko jest coraz droższy, ale też coraz mniej potrzebny. W ostatnich miesiącach wydarzyło się coś symbolicznego – po raz pierwszy odnawialne źródła energii (OZE) wyprzedziły węgiel jako główne źródło produkcji energii elektrycznej w Polsce. W czerwcu OZE wyprodukowały 44,1% prądu, a węgiel – 43,7%. Oczywiście taki wynik możliwy jest tylko w słonecznych miesiącach letnich. Tym niemniej wysoka produkcja z OZE bardzo korzystnie wpływa na obniżenie kosztu energii.
Tania zielona energia zamiast nierentownego górnictwa
Co istotne, energia z OZE – nawet bez dotacji – staje się dziś tańsza niż prąd z węgla. Nowe instalacje wiatrowe i fotowoltaiczne produkują energię znacznie taniej niż elektrownie węglowe, których koszty rosną nie tylko przez emisje CO₂, ale także przez utrzymanie starzejącej się infrastruktury i subsydia dla kopalń. Średni koszt produkcji energii z OZE z nowej efektywnej farmy wiatrowej czy fotowoltaicznej to około 200 PLN/MWh. A z węgla? 400-500 PLN/MWh. Zamiast być dumni z tego ostatniego miejsca na węglowej mapie Europy, może warto zapytać: ile jeszcze będziemy dopłacać do przeszłości, zamiast inwestować w przyszłość?

Rząd przywraca program “Czyste Powietrze” – ogłosiła 20 marca Ministra Środowiska Paulina Hennig-Kloska. Jego celem jest poprawa jakości powietrza poprzez dofinansowanie wymiany starych źródeł ciepła oraz termomodernizacji budynków jednorodzinnych. Budżet programu to 10 miliardów złotych, pochodzących z unijnego Funduszu Modernizacyjnego.
Program Czyste Powietrze w Polsce został uruchomiony w 2018 roku. Przyjmowanie wniosków zostało zawieszone w listopadzie 2024 r. ze względu na wiele stwierdzonych nadużyć. Nieuczciwi wykonawcy zawyżali koszty albo uzyskiwali kilka dotacji na ten sam budynek. W nowej odsłonie, poza uszczelnieniem przepisów, uproszczona zostanie procedura pozyskiwania finansowania oraz przyspieszona obsługa wniosków i rozliczeń. Przed wykonaniem termomodernizacji wymagane będzie natomiast przeprowadzenie audytu energetycznego i uzyskanie świadectwa energetycznego budynku po przeprowadzonej inwestycji. Inną z nowości będzie udział gminnych operatorów, którzy mają pomóc beneficjentom, szczególnie tym najuboższym, przejść proces inwestycji.
Kto może ubiegać się o środki z funduszu Czyste Powietrze?
O środki mogą ubiegać się właściciele i współwłaściciele domów jednorodzinnych, którzy posiadają nieruchomość od 3 lat.
Poziom dofinansowania zależy od poziomu dochodów w gospodarstwie domowym. Określone zostały 3 progi. Próg podstawowy (dotacja na poziomie 40% kosztów) jest dostępna dla osób fizycznych, których dochód roczny nie przekracza 135 tys. złotych. Najwyższą dotację, to jest 100% zwrotu kosztów inwestycji o wartości do 170 tysięcy złotych uzyskają gospodarstwa domowe o dochodach rocznych nieprzekraczających 1300 złotych miesięcznie na osobę.
Na co można uzyskać dofinansowanie z funduszu Czyste Powietrze?
Program obejmuje:
- wymianę starych kotłów na nowoczesne źródła ciepła (np. pompy ciepła),
- termomodernizację budynku (ocieplenie ścian, stropów, dachów),
- wymianę stolarki okiennej i drzwiowej,
- instalację odnawialnych źródeł energii (np. fotowoltaika, rekuperacja),
- modernizację instalacji centralnego ogrzewania i ciepłej wody użytkowej.
W porównaniu z poprzednią odsłoną programu, nie będzie już możliwe uzyskanie dotacji na montaż pieców gazowych. Dotychczas w programie „Czyste powietrze” złożono ponad 1 mln wniosków na ponad 38 mld zł dofinansowania. Więcej informacji na stronie https://czystepowietrze.gov.pl/
Kolejne miasto w Polsce zdecydowało się wprowadzić w pełni darmową komunikację miejską dla wszystkich. Takie rozwiązanie wprowadza Gorzów Wielkopolski, dołączając m.in. do Wałcza, Tczewa czy Malborka. Z takiego ruchu na pewno cieszą się mieszkańcy, a miasta mają szanse odetchnąć od korków i smogu. Tymczasem Szczecinek… zamierza się z bezpłatnej komunikacji miejskiej wycofać! Dlaczego? Przeanalizujmy jak model darmowej komunikacji sprawdza się w różnych miejscach w Polsce.
Komunikacja miejska – nigdzie nie jest rentowna
Zacznijmy od punktu wyjścia. Komunikacja zbiorowa w zasadzie żadnym polskim mieście nie jest rentowna. Przychody ze sprzedawanych biletów nie starczają na pokrycie kosztu jej działania. Ceny biletów są bowiem ustalane tak, aby stać było na nie każdego. W skali miasta jest też szereg linii, którymi korzysta bardzo mało osób. Są one jednak utrzymywane, tak aby wszystkie dzielnice miasta były pokryte siatką połączeń. Miastom zależy też na promowaniu transportu zbiorowego. Zabiera on z drogi samochody osobowe, zmniejszając korki i poprawiając jakość powietrza. Transport zbiorowy umożliwia też poruszanie się po mieściem osobom bez samochodu i prawa jazdy.
Brakujące pieniądze na funkcjonowanie kursów autobusów i tramwajów są przekazywane bezpośrednio z budżetów samorządów. Przykładowo w Łodzi przychody z biletów pokrywają jedynie około 20% kosztów! Stąd pojawiają się pomysły by zupełnie z biletów zrezygnować. Sprawdźmy jak takie rozwiązanie sprawdza się w tych miastach w Polsce gdzie zostało już wprowadzone.
Lubin – pierwsze miasto z darmowymi przejazdami
Prekursorem w pełni darmowej komunikacji miejskiej w Polsce był Lubin. To bogate miasto z pokaźnym budżetem dzięki kopalni miedzi mogło sobie na to pozwolić już w 2014 roku. Eksperyment zakończył się sukcesem. Po 4 latach liczba pasażerów wzrosła do 12 mln rocznie z poziomu 6 milionów. Sukces przyczynił się też do upowszechnienia się rozwiązania. Zaczęły wprowadzać go sąsiednie samorządy np. Polkowice, Oleśnica, Jawor czy Bolesławiec.
Malbork, Tczew – pełne autobusy
W mniejszych miastach bezpłatną komunikację miejską wprowadził m.in. Malbork w lipcu 2022 roku. Tam cieszy się ona dużą popularnością, do tego stopnia, że wiele autobusów jeździ w godzinach szczytu przepełnionych. Drogi są jednak dzięki temu mniej zakorkowane. Według statystyk liczba pasażerów autobusów zwiększyła się aż o 50%. Największy przyrost przejazdów zanotowano w porannym szczycie podróży do pracy i szkół, nawet o 90 procent. Podobne wzrosty odnotowano w sąsiednim Tczewie. “Wprowadzenie bezpłatnej komunikacji miejskiej okazało się pełnym sukcesem, o czym świadczy znaczny wzrost liczby pasażerów “ – mówił Mirosław Pobłocki, prezydent Tczewa. Miasto dodatkowo wskazuje na oszczędności wynikające z braku konieczności obsługi systemu biletowego oraz zatrudniania kontrolerów. Z kolei Wałcz, gdzie darmowe przejazdy działają od 2024 roku, liczy nawet na 400-procentowy wzrost liczby pasażerów!
Darmowe autobusy w Gorzowie, czyli czas na większe miasta
Wszystkie opisane wyżej przykłady to mniejsze miasta gdzie wydaje się, że wycofanie biletów może być prostszym krokiem. Pierwszym miastem wojewódzkim oraz pierwszym miastem powyżej 100 tysięcy mieszkańców z darmową komunikacją w Polsce stanie się Gorzów Wielkopolski. Od 1 stycznia 2026 r. z opłat będą tam zwolnieni posiadacze Gorzowskiej Karty Miejskiej. Miasto podkreśla, że najbardziej chce przekonać do tej formy komunikacji uczniów i studentów. Niestety, przejazdy będą wciąż płatne dla osób przyjezdnych. Być może zmieni się to jednak w przyszłości.
Tymczasem Szczecinek… rozważa wycofanie darmowej komunikacji
W tym 40-tysięcznym mieście w województwie zachodniopomorskim bezpłatna komunikacja miejska działa od 2019 roku. W ostatnim roku funkcjonowania biletów, przychody z ich sprzedaży nich wyniosły 2 mln PLN, a koszt działania komunikacji wynosił 7 mln PLN. Obecnie koszt roczny to już 12 mln PLN i jest w całości pokrywany z budżetu miasta. Według wyliczeń burmistrza, mieszkańcy muszą zdawać sobie sprawę, że de facto wszyscy zrzucają się w podatkach na bezpłatne autobusy, bez względu na to czy z nich korzystają czy nie, w kwocie około 400 PLN rocznie. Tu dochodzimy do sedna problemu. Komunikacja miejska nigdy nie będzie darmowa, zmienia się tylko to czy płacimy za nią wszyscy w podatkach czy w biletach. Zdaniem szczecineckiego magistratu mieszkańcy nie doceniają za bardzo plusów darmowej komunikacji, a miasta po prostu na to nie stać. Dlatego rozważany jest tam powrót do mieszanego sposobu finansowania.
Darmowa komunikacja – kto następny?
Wprowadzenie w pełni darmowej komunikacji miejskiej rozważa Kraków. Obecnie jest tam ona już darmowa w wybranych dniach gdy poziomu smogu przekracza alarmowe poziomy. Bezpłatną komunikację miejską postulują też łódzcy radni Partii Zieloni. Czekamy na rozpowszechnienie się darmowej komunikacji miejskiej w całym kraju!
Rok 2024 zapisuje się jako najcieplejszy globalnie rok w historii pomiarów. Tymczasem badanie opinii publicznej przeprowadzone przez sieć firm badawczych Iris na całym świecie wskazało na spadek liczby osób, które obawiają się katastrofy klimatycznej. Jest to zaskakujący wynik i odwrócenie trendu z lat poprzednich.
Globalnie zaniepokojonych zmianami klimatu było w 2024 r. 80% respondentów (rok wcześniej 83%), w Polsce 76% (rok wcześniej 80%). Analitycy twierdzą, że wynika to ze zmęczenia tematem. Do coraz większej liczby osób dotarło też, że katastrofa jest nieuchronna. Żyjemy w bardzo trudnych czasach, w których destabilizujący się klimat coraz bardziej wpływa na nasze codzienne życie, gospodarkę. Wiele osób jest przytłoczonych negatywną perspektywą. Przeszkadza też często sposób narracji w mediach o kryzysie klimatycznym, który zamiast mobilizować do działania powoduje strach i wywołuje efekt odwrotny od zamierzonego. Ponadto inne problemy życiowe, w naszych bardzo stresujących czasach, powodują, że ludzie nie mają już siły martwić się jeszcze globalnym klimatem, podczas gdy mają już wystarczająco innych zmartwień.
To normalna reakcja obronna. Najważniejsze jest, aby pomimo swoistego “oswojenia lęku” przed kryzysem klimatycznym, presja obywateli na rządy i globalne korporacje nie słabła. To Ci globalni decydenci mogą najwięcej zdziałać, aby powstrzymać katastrofę klimatyczną.
Ruszają przełomowe pozwy dwóch chorych na astmę Polaków. Mogą liczyć na odszkodowanie w wysokości nawet kilkuset tysięcy złotych. Czy w ich ślad pójdą tysiące kolejnych osób?
55-letni Pan Andrzej z Rybnika oraz 5-letni chłopiec spod Torunia cierpią na astmę i inne powikłania układu oddechowego. W ich imieniu pozew przeciwko Skarbowi Państwa składa fundacja Client Earth Prawnicy dla Ziemi. Poszkodowani mogą liczyć na odpowiednio 200 i 100 tys. PLN zadośćuczynienia za utratę zdrowia oraz odszkodowania za koszty leczenia.
„Mój syn każdego dnia zmaga się z chorobą, która odbiera mu dzieciństwo. Zwykłe wyjście na dwór może zaostrzyć jego dolegliwości, więc często staramy się unikać przebywania na zewnątrz w sezonie grzewczym. Czyste i bezpieczne powietrze to nie luksus, to potrzeba, bez której normalne życie dla niego staje się niemożliwe. Przecież mój syn ma prawo do normalnego życia – do zabawy i beztroski, jak każdy 5-latek” – mówi Urszula, matka chłopca.
W podobnej sytuacji jest zapewne wielu Polaków. Smog bezsprzecznie przyczynia się do chorób płuc, ale nie tylko. Wpływa negatywnie również na pracę serca, układu nerwowego i hormonalnego. Według raportu firmy doradczej Deloitte z 2019 r. smog kosztuje Polskę aż 111 mld zł rocznie, a działania w tym zakresie są wciąż niewystarczające.
Podobny pozew skarżący Państwo za zaniechania w zakresie poprawy jakości powietrza wytoczył w 2015 r. mieszkaniec Rybnika. Sąd drugiej instancji zasądził odszkodowanie na jego korzyść w wysokości 30 tysięcy złotych. Niestety pieniędzy nie otrzymał – we wrześniu 2024 r. Skargę Nadzwyczajną w tej sprawie złożyła Prokuratura Generalna.
Tym niemniej fala tego typu pozwów narasta w całej Unii Europejskiej i z reguły kończą się wygraną obywateli, którzy nie chcą ponosić kosztów zbyt wolnej walki państw z zanieczyszczeniem powietrza. Trzymamy kciuki by podobne wyroki zaczęły zasądzać również polskie sądy.
W październiku coroczny ranking najbardziej zanieczyszczonych miast w Polsce przygotował Polski Alarm Smogowy. Najwięcej przekroczeń norm stwierdzono w województwach łódzkim, śląskim i małopolskim. Na czele rankingu znalazły się między innymi takie miasta jak Nowa Ruda, Sucha Beskidzka, Nowy Targ, Rybnik, Brzeziny. Najczystsze powietrze jest natomiast w Zielonej Górze, Suwałkach i Koszalinie. Autorzy raportu przyznają też, że od jego pierwszej edycji z roku 2014 widać znaczącą poprawę.
Unia Europejska nie ustaje w walce o czyste powietrze – w październiku przyjęto nowe, bardziej wymagające normy jakości powietrza, które mają obowiązywać od 2030 roku.
System kaucyjny opóźniony
O opóźnieniu systemu informowaliśmy już wcześniej – teraz znana jest ostateczna data. System kaucyjny ruszy w Polsce dopiero 1 października – poinformował Premier Donald Tusk na konferencji prasowej.
Głównym powodem opóźnienia ma być troska o dostosowanie rynku do nowych wymogów. „Chcemy, żeby ta ustawa nie była dotkliwa i bolesna dla pracowników oraz właścicieli placówek handlowych, także tych mniejszych,” tłumaczył Premier.
System kaucyjny, mający na celu poprawę recyklingu opakowań, od dawna wzbudzał duże zainteresowanie i nadzieje na poprawę stanu środowiska w Polsce. Przygotowania do jego wdrożenia trwały od miesięcy, a automaty do zwrotu butelek pojawiły się już w wielu supermarketach, gotowe na pierwotnie planowaną datę startu – 1 stycznia. Niemniej, decyzja o przesunięciu terminu spotkała się z mieszanymi opiniami. Krytycy podkreślają, że rząd uległ presji lobby handlowego, dla którego nowe zasady wiązałyby się z kosztami adaptacji.
Dodatkowym punktem zapalnym jest decyzja o wyłączeniu małych szklanych opakowań na alkohol, tzw. „małpek”, ze systemu kaucyjnego. Według szacunków, Polacy kupują aż 3 miliony takich opakowań dziennie. Problem walających się na ulicach i w parkach „małpek” można by zredukować jednym ruchem – włączając je do systemu. Jednak producenci alkoholi skutecznie sprzeciwili się tej propozycji, co według wielu opinii polityków i ekologów odbija się negatywnie na stanie środowiska.
Pomimo kontrowersji, społeczne poparcie dla systemu kaucyjnego jest ogromne – według badań przytaczanych przez Ministerstwo Klimatu i Środowiska, aż 85% Polaków popiera wprowadzenie takiego rozwiązania.