Droga morska z Chin do Europy przez Arktykę jest dwa razy krótsza niż przez kanał Sueski. Do tej pory była jednak niedostępna za sprawą pokrywy lodowej. Topniejąca Arktyka otwiera ten obszar dla międzynarodowej żeglugi, a także odsłania ogromne złoża ropy, gazu, złota i metali ziem rzadkich. Korporacje i rządy zacierają ręce! Ekolodzy drżą w panice. Jedno jest pewne – w Arktyce rusza właśnie geopolityczna wojna…
Arktyczny Jedwabny Szlak rusza
Zakończył się dziewiczy rejs kontenerowca “Instanbul Bridge” poprzez topniejącą Arktykę. Statek wyruszył z chińskiego portu Ningbo, a następnie pokonał trasę do Europy w 20 dni. Najpierw dopłynął do Wielkiej Brytanii, później do portów w Rotterdamie i Hamburgu. W ostatnią sobotę zawinął także do Gdańska. Armatorem była singapurska, lecz w pełni kontrolowana przez chiński kapitał spółka Sea Legend.

Jest to prawdziwy rekord. Dla porównania tradycyjna trasa morska do Europy z Chin przez Suez zajmuje 40 dni, a transport kolejowy około 25 dni.
Celem nie jest jednorazowy transport, lecz przetestowanie możliwości stworzenia regularnego połączenia przez Północną Drogę Morską, łączącą porty w Azji i Europie. Dodatkową zaletą jest ominięcie regionów zagrożonych piractwem i niestabilnych politycznie. Co ważne, statek nie potrzebował pomocy rosyjskich lodołamaczy i nie płynął w ich asyście.
– Dwadzieścia lat temu ta część świata była zamarznięta. Teraz topnienie lodu umożliwia dostęp do nowych szlaków handlowych i zasobów naturalnych – mówi Malte Humpert, starszy badacz i założyciel Arctic Institute.
Armator Sea Legend Shipping stwierdził, że pilotażowy rejs jest sukcesem i zapowiedział, że już w przyszłym roku uruchomi regularne, sezonowe połączenie tą trasą. Rejsy będą się odbywać od maja do października. Wymyślono nawet nazwę – Arktyczny Jedwabny Szlak! Armator szykuje już w tym celu nową flotę kontenerowców dostosowanych do trudnych warunków żeglugi arktycznej.
Eksperci podkreślają, że wiele kwestii pozostaje nierozwiązanych, w tym dostępność lodołamaczy, zmienność lodu. Żegluga na Morzu Arktycznym budzi kontrowersje związane z geopolityką i wpływem na środowisko.
Jedni obwieścili sukces – nowa krótsza trasa pozwala przecież zaoszczędzić nawet 50% emisji CO2 przy transporcie z Chin do Europy! Inni z kolei są zaniepokojeni. Wątpliwości budzi bowiem wpływ żeglugi na wrażliwy ekosystem Arktyki. Ten spokojny do niedawna rejon, najprawdopowodniej za parę lat zamieni się w najbardziej zatłoczoną drogę morską na świecie! Arktyka wciągana jest w potężną geopolityczną wojnę.
Trump ostrzy zęby na Grenlandię
Wszystkie mocarstwa widzą jak cennym kąskiem z punktu widzenia ich kapitalistycznych żądzy jest Grenlandia. Tradycyjnie, Prezydent USA Donald Trump nie przebiera w słowach.
W marcu 2025 roku, podczas wizyty wiceprezydent USA J.D. Vance’a w Grenlandii, komentujący ją Trump nie wykluczył użycia siły aby zdobyć Grenlandię. „We’ll get Greenland. Yeah, 100 percent” – to jego słowa. Oczywiście, nie argumentował tego żądzą przejęcia złóż lecz chęcią “pomocy Grenlandczykom, którzy są źle traktowani przez Danię”. Oczywiście.
To nie jest nowy pomysł – już w pierwszej kadencji Trump rozważał kupno Grenlandii od Danii, co spotkało się z odrzuceniem zarówno w Kopenhadze, jak i na Grenlandii. Grenlandczycy stanowczo zaprzeczają, by kiedykolwiek zapraszali Amerykanów i postrzegają próby przejęcia wyspy jako atak na ich suwerenność.
Jakie zasoby skrywa Arktyka?
Według szacunków US Geological Survey, pod lodami i wodami arktycznymi może znajdować się nawet 13% światowych zasobów ropy naftowej i 30% gazu ziemnego jeszcze niewydobytego. Do tego dochodzą metale ziem rzadkich, niezbędne w produkcji baterii, turbin wiatrowych i elektroniki, a także złoto, platyna, nikiel, uran, cynk i diamenty.
W miarę topnienia lodu dostęp do tych bogactw staje się coraz łatwiejszy — i coraz bardziej pożądany. Rosja rozbudowuje flotę arktycznych lodołamaczy i inwestuje miliardy w wydobycie na Półwyspie Jamalskim. Z kolei USA, Kanada i Norwegia walczą o kontrolę nad szelfami kontynentalnymi, które wkrótce mogą przynieść ogromne zyski.

Źródło: Nordregio.
Jak szybko znika lód w Arktyce?
Jeszcze czterdzieści lat temu lód morski pokrywał latem obszar większy niż cała Europa. Dziś jego zasięg jest o około 40% mniejszy. Nie wiemy, kiedy czeka nas pierwsze „wolne od lodu” lato w Arktyce. Minimalne zasięgi lodu w ostatnich latach ustabilizowały się na poziomie ok. 4 milionów km2, choć dokładniejsza analiza np. grubości czy wieku pokrywy lodowej potwierdza, że to tylko chwilowe spowolnienie przed nadciągającym drastycznym spadkiem obszaru lądolodu Arktyki w następnych dziesięcioleciach. Oznacza to nie tylko nowe szlaki dla kontenerowców, lecz także dramatyczne zmiany klimatyczne – przyspieszenie ocieplenia, wymieranie gatunków i rozregulowanie globalnych prądów oceanicznych.
Ilość lodu w Arktyce polecam śledzić na stronie: https://nsidc.org/sea-ice-today/sea-ice-tools/charctic-interactive-sea-ice-graph

Topnienie lodu tworzy błędne koło: im mniej białej powierzchni odbijającej promienie słoneczne, tym szybciej ocean się nagrzewa. A to z kolei powoduje dalsze topnienie. Dlatego każdy kolejny statek, który rusza w Arktykę to swoisty paradoks – możemy się cieszyć, że transport z Chin do Europy jest teraz prostszy i generuje mniej CO2. Z drugiej strony pokazuje nam, że katastrofalne załamanie się globalnego ekosystemu może być coraz bliżej.
Polecam ten film, który obrazuje zmianę poziomu pokrywy lodowej na przestrzeni lat:
Tempo zielonej transformacji w Chinach zaskakuje wszystkich ekspertów. W ciągu trzech lat kraj ten podwoił produkcję energii z wiatru i słońca, a w ciągu ostatniego roku zainstalował dwukrotnie więcej nowych mocy fotowoltaicznych niż posiada łącznie USA! Efekt? W ciągu pierwszych sześciu miesięcy 2024 roku emisje dwutlenku węgla w Chinach spadły o 2,7 proc. rok do roku, podczas gdy w Stanach Zjednoczonych wzrosły o 4,2 proc, a w Unii Europejskiej o 4,6 proc! To sygnał, że kraj, który był kojarzony z węglem i smogiem staje się globalnym liderem czystych źródeł energii. Ale jak głębokie są te zmiany? Czy naprawdę można powiedzieć, że Chiny stały się ekologicznym gigantem, czy raczej — że próbują budować zieloną twarz przy jednoczesnym utrzymaniu starych fundamentów?
Punkt krytyczny czy złudzenie?
Eksperci podkreślają, że tempo zmian w chińskim sektorze energetycznym jest bezprecedensowe. Dane Ember pokazują, że kraj mógł przekroczyć punkt krytyczny odejścia od węgla. Oznaczałoby to, że udział tego surowca w krajowym miksie energetycznym będzie już tylko spadać — nie tyle dzięki decyzjom politycznym, ile z powodu twardej ekonomii.

Dzięki postępowi technologicznemu i efektowi skali produkcja energii z nowych instalacji fotowoltaicznych czy wiatrowych jest zdecydowanie tańsza niż z elektrowni węglowych. Międzynarodowa Agencja Energii Odnawialnej (IRENA) szacuje, że średni koszt wytwarzania energii z fotowoltaiki spadł o ponad 80 proc. w ciągu ostatniej dekady. W Chinach, gdzie produkcja paneli jest najtańsza na świecie, różnica ta jest jeszcze bardziej wyraźna. Dla inwestorów i rządu rachunek jest prosty: budowanie kolejnych bloków węglowych przestaje się opłacać.
Zielona energia jako broń geopolityczna
Naiwne byłoby patrzenie na chińską transformację wyłącznie w kategoriach ekonomicznych czy środowiskowych. Energetyka to przecież potężny biznes i narzędzie geopolityczne.

Chiny, w przeciwieństwie do Rosji, USA czy nawet Unii Europejskiej, mają bardzo skromne własne zasoby ropy naftowej i gazu ziemnego. Od dekad są znacznym importerem surowców energetycznych, co czyni je podatnymi na wahania cen i napięcia polityczne. Rozwój fotowoltaiki i energetyki wiatrowej to więc nie tylko „zielona polityka” — to także strategia uniezależnienia się od dostawców ropy i gazu.
Dominacja Chin w produkcji paneli fotowoltaicznych stała się również narzędziem politycznym. Dziś ponad 80 proc. globalnej ich produkcji pochodzi z Państwa Środka. Europa i USA w praktyce stały się uzależnione od chińskich komponentów. Dla Pekinu to źródło intratnych zysków i miękkiej siły — technologia staje się narzędziem wpływu, porównywalnym do tego, jakim jest gaz w rękach Rosji.
Węgiel w odwrocie – ale nie całkowicie
Choć statystyki OZE imponują, Chiny wciąż są węglowym gigantem i pozostaną nim przez jakiś czas. W 2024 roku wydobyły i zużyły go więcej niż jakikolwiek inny kraj i odpowiadają za ok. 58 proc. globalnej konsumpcji tego surowca. Inwestycje w sektor węglowy nie spadły do zera – wciąż w Chinach zatwierdzana jest budowa nowych bloków węglowych.

Cień zielonej transformacji: metale ziem rzadkich
Transformacja OZE niesie także własne, często ignorowane koszty. Najważniejszym z nich jest kwestia metali ziem rzadkich. Chiny są największym producentem tych surowców na świecie. To one dostarczają lwią część globalnych zasobów wykorzystywanych do budowy turbin wiatrowych, baterii, elektroniki czy katalizatorów. Problem w tym, że wydobycie i przetwarzanie metali ziem rzadkich wiąże się z dramatycznymi skutkami środowiskowymi: kwaśne ścieki, toksyczne metale ciężkie, skażenie wód i gleb, degradacja ekosystemów, a nawet emisje radioaktywne. Najbardziej znanym przykładem jest region Baotou w Mongolii Wewnętrznej. To tam powstało gigantyczne składowisko odpadów po rafinacji metali ziem rzadkich — słynna „Baogang Tailings Dam”. Chiński sektor wydobycia metali ziem rzadkich jest niejednorodny. Z jednej strony mamy wielkie przedsiębiorstwa państwowe, które podlegają regulacjom i kontrolom środowiskowym. Z drugiej — tysiące mniejszych, często nielegalnych kopalni, działających bez zezwoleń. Jak dotąd nie widać przesadnie szybkich działań Chin mających na celu zajęcie się tym problemem.

Podwójna twarz chińskiej zielonej rewolucji
Chiny niewątpliwie zmieniają światową energetykę. Ciągną swoją gospodarkę w zupełnie odwrotnym kierunku niż administracja lekceważącego kryzys klimatyczny Donalda Trumpa. Dzięki Chinom koszty paneli fotowoltaicznych i turbin spadły na tyle, że OZE stały się konkurencyjne niemal wszędzie. Bez chińskiej skali i produkcji wiele krajów nie byłoby dziś w stanie realizować własnych programów transformacji.
Jednocześnie jednak za zieloną fasadą kryje się mroczne zaplecze: smog wciąż dusi chińskie miasta, kopalnie węgla działają na pełnych obrotach, a całe regiony cierpią z powodu degradacji środowiska. Dlatego mówiąc o Chinach, nie można ulec ani przesadnemu zachwytowi, ani prostemu potępieniu. To kraj o wciąż podwójnej twarzy: zielony gigant technologiczny i jednocześnie największy truciciel świata. Cieszmy się jednak z tego, że za sprawą chińskiego efektu skali, globalny rozwój OZE jest już nie do zatrzymania.
Coraz częściej słyszymy, że emisje gazów cieplarnianych w Europie maleją, a kraje takie jak Wielka Brytania czy Niemcy skutecznie walczą o klimat. Ale czy te statystyki nie są zbyt piękne, by były prawdziwe? Najnowsze badania naukowców z ETH Zurich i University of Essex pokazują, że rzeczywistość jest bardziej złożona. Wiele państw obniża swoje oficjalne emisje… przenosząc je poza własne granice.
Ukryte emisje w imporcie
Badacze przeanalizowali dane z 161 państw z lat 1990-2015. Okazało się, że w państwach demokratycznych emisje wewnętrzne spadały głównie dzięki zwiększonemu importowi dóbr z krajów o niższych standardach ekologicznych. W efekcie emisje powiązane z konsumpcją pozostały na wysokim poziomie – tylko przesunęły się geograficznie.
Weźmy Wielką Brytanię. Od 1990 roku kraj ten ograniczył emisje o ponad 40%. Brzmi imponująco? Tak, dopóki nie spojrzymy na emisje „ukryte” w imporcie: odzież z Bangladeszu, smartfony z Chin, meble z Wietnamu. Kiedy doliczyć emisje wytworzone przy produkcji tych towarów, rzeczywisty ślad węglowy Brytyjczyków okazuje się znacznie większy niż wskazują to krajowe dane.
Ten „eksport emisji” to zjawisko, które dotyczy nie tylko Wielkiej Brytanii, ale także Niemiec, USA, Kanady czy Francji. A że popyt na tanie produkty z drugiego końca świata rośnie — problem się pogłębia.
CBAM – unijna odpowiedź na przenoszenie emisji
Na szczęście Unia Europejska zaczyna działać. Wprowadza tzw. CBAM — mechanizm dostosowania cen emisji na granicach. Mówiąc prościej: firmy importujące produkty wysokoemisyjne (np. stal, cement, nawozy) będą musiały zapłacić dodatkową opłatę, jeśli towar pochodzi z kraju, gdzie emisje nie są odpowiednio regulowane.
Ekologiczne zakupy mają znaczenie – co możesz zrobić jako konsument?
Prawdziwa zmiana zaczyna się od naszych codziennych wyborów. Gdy wybierasz produkty lokalne, wspierasz producentów, którzy działają pod rygorystycznymi normami środowiskowymi. Gdy stawiasz na jakość, a nie ilość — zmniejszasz presję na masową, wysokoemisyjną produkcję.
W naszym sklepie staramy się wybierać dostawców, którzy nie tylko oferują ekologiczne i jakościowe produkty, ale też dbają o zrównoważoną produkcję. Bo ekologia to nie tylko to, co widzimy na metce — to także historia, jak powstał dany produkt i jaki ślad zostawia po sobie na świecie.
Źródła:
Bernauer, T., Böhmelt, T., & Henninger, E. (2025). Shifting environmental pollution abroad contributes to lower emissions in democracies. PLOS Climate, 4(5), e0000602.
CBAM (Mechanizm Dostosowania Granicznego Emisji Węgla – UE) – Strona Komisji Europejskiej o CBAM
https://www.vox.com/energy-and-environment/2017/4/18/15331040/emissions-outsourcing-carbon-leakage
Donald Trump uważa, że kryzys klimatyczny to bzdura i wielokrotnie pokazywał swoją ignorancję, jeśli chodzi o wiedzę na temat klimatu. Teraz idzie krok dalej. Wycofuje finansowanie dla agencji rządowych i naukowców, którzy zajmują się kryzysem klimatycznym. Czy zakaże samego używania stwierdzenia “kryzys klimatyczny”?
Antyklimatyczne działania Trumpa – co zdążył już zrobić?
Choć Donald Trump jest prezydentem zaledwie od miesiąca, zdążył już podjąć kilka decyzji bardzo niekorzystnych z punktu widzenia ochrony przyrody i walki z kryzysem klimatycznym. Wycofał USA (ponownie) z Porozumienia Paryskiego – zobowiązania międzynarodowego państw świata do redukcji CO2. Zdążył również cofnąć wsparcie finansowe dla fotowoltaiki konsumenckiej oraz wstrzymać pozwolenia na instalacje wiatrowe. W tym tygodniu przeprowadził również czystki w komunikacji Białego Domu. Z rządowych stron internetowych nakazał usunięcie jakichkolwiek nawiązań do kryzysu klimatycznego czy zielonej transformacji.
Co dalej planuje Trump w związku z klimatem?
Zwolnienia przeprowadzane są obecnie w Agencji Ochrony Środowiska, która dotychczas dbała o zachowanie standardów środowiskowych przy inwestycjach. Dla Trumpa, który pragnie niepohamowanego rozwoju przemysłu wydobywczego, jest to tylko przeszkoda. Finansowanie ma stracić również NOAA – Narodowa Agencja ds. Oceanów i Atmosfery, zajmująca się monitorowaniem zmian klimatu. W tej rządowej jednostce stracić pracę ma kilka tysięcy badaczy. Administracja Trumpa nakazała również wstrzymanie prac nad przygotowaniem kolejnego raportu Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (IPCC) – kluczowego dokumentu sporządzanego od wielu lat, pozwalającego śledzić globalne tendencje klimatyczne i środowiskowe. Co jeszcze? Naprawdę ciężko stwierdzić, bo Trump działa jak nieobliczalny szaleniec.
“Klimat” – zakazane słowo
Obecnie administracja Donalda Trumpa wycofuje jakiekolwiek finansowanie dla badań naukowych związanych z kryzysem klimatycznym. Naukowcy z USA mówią, że przypomina to już nagonkę i czują się zastraszeni. Wystarczy, aby w tytule pracy naukowej pojawiło się słowo “klimat” a traci ona szanse na rządowe granty. Polityka zaczyna się bardzo intensywnie mieszać w badania naukowe – co przypomina reżimy totalitarne, a nie, zdawałoby się oświecony demokratyczny kraj, jakim kiedyś były Stany Zjednoczone.
Trump kontra plastikowe słomki
Dość ikonicznym przykładem głupoty (tak, nie bójmy się tego słowa!) Donalda Trumpa jest jego “walka” z plastikowymi słomkami. „Podpiszę dekret, który zakończy niedorzeczne naciski Joe Bidena, aby promować papierowe słomki, które nie działają. Wracamy do plastiku!” – poinformował w mediach społecznościowych Donald Trump. „Nie sądzę, że plastik zrobi różnicę rekinom polującym w oceanach” – stwierdził. O papierowych alternatywach mówi, że „obrzydliwie rozpuszczają się w ustach”. Trump uchylił też plan wycofania jednorazowych plastików z terenów należących do skarbu państwa (m.in. parków narodowych) do 2032 r. Przypomnijmy – plastikowe słomki ze względu na małe rozmiary nie nadają się z reguły do recyklingu i stanowią bardzo duże zagrożenie dla zwierząt morskich. Polecamy używanie trwałych słomek np. stalowych albo całkowitą rezygnację z tych produktów.
Konsekwencje działań Trumpa dla klimatu
Eksperci biją na alarm. To co obecnie wyczynia Trump cofa nas w walce z kryzysem klimatycznym. Choć Trump tego nie rozumie, takie podejście wcale nie jest dobre długofalowo dla gospodarki i dobrostanu ludzi. Będzie prowadziło jedynie do nasilenia się negatywnych konsekwencji klimatycznych takich jak powodzie, susze, huragany, a także globalnego kryzysu rolnictwa i idącego za tym wzrostu cen płodów rolnych. Zdaniem ekspertów w najbliższych dziesięcioleciach czekają na nas masowe migracje ludności i konflikty zbrojne spowodowane zmianami klimatycznymi. W długim terminie ludzkość nie może ograniczać bowiem ignorować ograniczeń jakie nakłada na nas to, że ziemia jest tylko jedna, a jej zasoby nie są nieskończone.
Co wybór Trumpa oznacza dla klimatu?
Na czele USA, największej gospodarki świata, ponownie stanie Donald Trump, który ignoruje ostrzeżenia naukowców oraz międzynarodowe zobowiązania klimatyczne. Jakich jego decyzji związanych z klimatem możemy się spodziewać?
Niestety, jeśli leży nam na sercu dobro przyrody i powstrzymanie kryzysu klimatycznego, powinniśmy być istotnie zmartwieni powrotem Trumpa na fotel prezydenta. A także zmotywowani, by razem z globalnymi organizacjami pozarządowymi próbować jego poczynania powstrzymywać. Zdaniem wielu obserwatorów, w drugiej kadencji Trump może bowiem podchodzić do kwestii klimatycznych jeszcze ostrzej niż w pierwszej. Ale czy wszystko stracone? Czytajcie do końca… Co zrobi Trump w kontekście klimatu w swojej kadencji?
Wzrost wydobycia ropy i gazu
W kampanii wyborczej Trump ogłaszał, że USA będzie swobodnie korzystać ze swoich zasobów “czarnego złota” – bez jakichkolwiek limitów i bez zważania na opinie naukowców (którym nie wierzy) czy też międzynarodowe porozumienia. W wydobyciu ropy i węgla Trump widzi tylko potencjalne zyski dla amerykańskiej gospodarki – która tych zysków potrzebuje by szybciej się rozwijać. Ponadto nie jest tajemnicą, że wielokrotnie spotykał się on z szefami koncernów paliwowych, z którymi jest powiązany biznesowo i towarzysko.
Odstąpienie USA od Paktu Paryskiego
Podczas poprzedniej kadencji, Trump wycofał podpis USA pod Porozumieniem Paryskim – deklaracją krajów świata dotyczącą zmniejszenia emisji gazów cieplarnianych, tak by powstrzymać wzrost temperatury globalnej na poziomie 1,5 stopnia celsjusza. Następca Trumpa, Joe Biden, już w pierwszym dniu swojego urzędowania na stanowisku prezydenta podpis USA pod porozumieniem przywrócił. Teraz jest niemal pewne, że Donald Trump kolejny raz wykreśli USA z listy sygnatariuszy tej deklaracji, co umożliwi USA niepohamowany wzrost emisji i nieoglądanie się na żadne normy.
Sojusz Trumpa z Elonem Muskiem
Szarą eminencją stojącą za Donaldem Trumpem jest Elon Musk, między innymi właściciel portalu X oraz producenta samochodów elektrycznych Tesla. Z tego względu Trump, który we wcześniejszych wypowiedziach ostro bronił tradycyjnego przemysłu motoryzacyjnego przed elektromobilnością, w tym zakresie zapewne będzie musiał złagodnieć. Tym samym wydaje się, że rozwój samochodów elektrycznych w USA jest niezagrożony – i choć zapewne nie pojawią się nowe ulgi i bodźce do rozwoju tego sektora, z drugiej strony nie należy się spodziewać też utrudnień w ich rozwoju czy też preferencji finansowych dla aut spalinowych.
Ile wyniesie wzrost emisji CO2 USA z powodu działań Trumpa?
Według portalu Carbon Brief, polityka Trumpa opisana w powyższych punktach może doprowadzić do zwiększenia się emisji CO2 Stanów o około 4 miliardy ton do roku 2030. Roczne emisje CO2 Polski wynoszą około 300 milionów ton. Tak więc “efekt Trumpa” może wynosić tyle co emisje Polski przez kilkanaście lat…
Nie wszystko stracone – Trump sam nie zawróci zielonej transformacji
Pomimo tego, że USA będzie dowodził klimatyczny denialista, zielona transformacja amerykańskiej i światowej gospodarki trwa i nie można jej już powstrzymać. Przykładowo, pomimo przychylności Trumpa dla wydobycia węgla kamiennego, jego wydobycie podczas jego poprzedniej kadencji i tak spadało. Przestawianie globalnej gospodarki na źródła odnawialne trwa -między innymi wskutek presji społecznej, coraz tańszym i efektywniejszym zielonym technologiom oraz coraz droższemu wydobyciu paliw kopalnych z przyczyn górniczych. Innymi słowy – sam Trump nie jest w stanie zmienić globalnych trendów. Energetyka odnawialna (solarna i wiatrowa) stanowiła ok. 25% produkcji energii w 2024 roku w Stanach. Jej udział, pomimo rządów Trumpa, powinien w przeciągu najbliższych kilku lat przekroczyć 40%.
Co więcej, w USA dużą niezależnością cieszą się władze stanowe oraz burmistrzowie dużych miast, którzy mogą dość swobodnie kształtować swoją politykę klimatyczną. Będą oni mogli dążyć do obniżania redukcji CO2 zgodnie z Porozumieniem Paryskim, nawet po wystąpieniu z niego przez USA.
Tym niemniej objęcie władzy przez Trumpa na pewno spowolni tempo odejścia tego kraju od paliw kopalnych oraz spowolni tempo redukcji emisji, niż w przypadku gdyby na fotelu prezydenta zasiadała Harris.
Polska kranówka w czołówce światowej
Choć agresywny marketing i green-washing producentów butelkowanej wody z tym walczy, kolejne badania pokazują zalety picia wody z kranu w Polsce. Kranówa jest 200 razy tańsza i równie zdrowa co marketowe wody źródlane.
Polska kranówka na tle innych krajów
Badacze z Uniwersytetu w Yale sporządzili raport dotyczący ekologii we wszystkich krajach świata, oceniając między innymi jakość wody pitnej. Jeśli chodzi o dostępność zdatnej do picia “kranówy” Polska znalazła się w nim na 33 miejscu, wyprzedzając Czechy i Japonię oraz wszystkie kraje Ameryki Południowej i Afryki. Globalnie prawie miliard ludzi nie ma dostępu do bezpiecznej wody do picia, co powoduje wiele zgonów.
Woda butelkowana – droga i nieekologiczna
Koncerny wciąż próbują namawiać nas na kupowanie butelkowanej wody jako niby zdrowszej i również ekologicznej opcji. Tymczasem nawet butelka z recyklingu to wciąż kolejny niepotrzebny śmieć. Woda z kranu jest ponad 200 (!) razy tańsza od butelkowanej. W większości miejsc w Polsce jest również bardzo zdrowa. Przykładowo w Łodzi w 90% pochodzi ona z ujęć głebinowych (czyli tak samo jak butelkowana woda) i zawiera ponad 330 mg minerałów na litr, w tym sporo wapnia, magnezu i potasu. Swoim składem przebija wiele dostępnych na rynku butelkowanych wód źródlanych.

Wzrost spożycia kranówki w Polsce
Za promowanie picia wody z kranu wzięły się lokalne spółki wodociągowe, między innymi w Łodzi (akcja promocyjna “Łódzka Woda Najlepsza”) czy we Wrocłąwiu (akcja “Pij kranówkę”). Akcje odnoszą już efekty. We Wrocławiu procent mieszkańców pijących wodę z kranu zwiększył się z 26% w 2021 roku do 45% obecnie. Pracownicy wodociągów na każdym kroku podkreślają jej bezpieczeństwo. “My naszą wodę we wrocławskich wodociągach badamy średnio co 5 minut. Co roku jest to 10 tysięcy pobranych prób i 100 tysięcy analiz, na każdym etapie produkcji” powiedział Marcin Garcarz z wrocławskiego MPWiK.
Czy stan rur w budynku wpływa na jakość wody?
Wiele osób boi się pić kranówy ze względu na obawy o stan rur w zamieszkiwanym przez nich budynku. Za stan rur odpowiada bowiem zarządca budynku, zakłady wodociągowe gwarantują jedynie parametry jakościowe wody na wodociągu głównym nieruchomości. W rzeczywistości jednak przypadki zakażenia wody w budynkach są rzadkie. Dla pewności warto skontaktować się z zarządcą budynku i sprawdzić czy przeprowadza on regularne badania wody wewnątrz budynku.
Źródła:
Raport EPI https://epi.yale.edu/measure/2024/H2O
Jak zapewnić dobrą jakość instalacji wewnętrznych – poradnik dla administratorów https://www.mpwik.com.pl/view/jak-zapewnic-dobr-jakosc-wody-z-wewnetrznej-instalacji-wodocigowej
Łódzka Woda Najlepsza – https://zwik.lodz.pl/pl/artykuly/271/lodzka-woda-najlepsza
Wrocławianie stawiają na kranówkę https://www.radiowroclaw.pl/articles/view/137283/Wroclawianie-stawiaja-na-kranowke
Największy producent kakao na świecie, Wybrzeże Kości Słoniowej, podniósł jego cenę o 50% 2 kwietnia. Zwiastuje to niesamowity wzrost cen czekolady i innych czekoladowych słodyczy w najbliższym czasie. Podwyżka z zeszłego tygodnia nie jest jednak jednorazowym przypadkiem, a wpisuje się w stały trend. Cena kakao w okresie ostatniego roku wzrosła bowiem aż o 230%! Dlaczego tak się dzieje?
Niestety winowajcą są znowu… zmiany klimatu. Kakao, główny surowiec używany do produkcji czekolady, jest uprawiane na obszarach równikowych, głównie w Środkowej Afryce, w krajach takich jak Wybrzeże kości Słoniowej czy Kamerun, a także w Brazylii czy Indonezji. Z roku na rok warunki rolnicze w tych rejonach są coraz gorsze – uprawom kakao przeszkadzają najbardziej długotrwałe susze i następujące po nich huragany. Przez to plony kakao w Wybrzeżu Kości Słoniowej spadły w tym roku o 20% w stosunku do 2020 roku. Niska podaż kakao przekłada się następnie na wysokie ceny. Jedzmy czekoladę póki nie stanie się przez zmiany klimatu dobrem luksusowym, dostępnym tylko dla nielicznych.
Porozumienie kończące szczyt klimatyczny COP 28 – sukces czy porażka?
Szczyt klimatyczny w Dubaju, po burzliwych negocjacjach, zakończył się dzień później niż planowano, podpisaniem przez 198 państw porozumienia. W dokumencie zawarto, po raz pierwszy w historii, deklarację o „konieczności odchodzenia od paliw kopalnych”, zatem nie tylko rezygnacji z węgla, ale również ropy naftowej i gazu ziemnego.
Sukces? Niestety, raczej porażka. Wiele krajów apelowało o dużo ostrzejsze i konkretne zapisy – np. twarde zobowiązania rządów kiedy od paliw kopalnych odejdą. Kraje wyspiarskie rejonu Pacyfiku, takie jak Samoa czy Wyspy Marshalla, nie podpisały deklaracji, tłumacząc, że nie będą podpisywały swojego „aktu zgonu”. Kraje te już są stopniowo zalewane przez podnoszące się wskutek globalnego ocieplenia wody oceanów, a porozumienie z Dubaju jest ich zdaniem niewystarczające.
Tymczasem dane pomiarowe wskazują, że rok 2023 będzie najcieplejszym w historii pomiarów z temperaturą ok. 1,5 stopnia powyżej temperatury z okresu przedindustrialnego. Na południu Hiszpanii odnotowano temperaturę 30 stopni celsjusza, pobijając znacząco rekord temperatury w Hiszpanii w grudniu.
Zdecydowanie “nie” dla wydobycia ropy naftowej na obszarze Parku Narodowego Yasuni w Amazonii powiedzieli mieszkańcy Ekwadoru. Dodatkowo, istniejąca już w tym regionie infrastruktura naftowa ma zostać rozebrana. W referendum, które odbyło się 20 sierpnia przy okazji wyborów prezydenckich, wzięło udział 90 proc. mieszkańców Ekwadoru, z czego 58 proc. chciało zatrzymania wydobycia ropy, by chronić rdzenne ludności i przyrodę.
To wielkie zwycięstwo przyrody i społeczności lokalnych nad biznesem i żądnymi zysków globalnymi korporacjami. Zakaz udało się przegłosować pomimo nacisków lobby naftowych i ostrzeżeń niektórych ekonomistów, że brak przychodów bardzo osłabi w najbliższych latach gospodarkę Ekwadoru. Mieszkańcy nie ugięli się i pokazali, że przyroda jest dla nich ważniejsza niż bieżąca konsumpcja. Zdaniem naukowców w dłuższym okresie ochrona przyrody zdecydowanie się opłaci – polepszając warunki życia ludzi, dając czystą wodę i powietrze, oraz łagodząc skutki ocieplenia klimatu.